Revision 349860 of "Wikiskryba:Vearthy/brudnopis3" on plwikisourceMassalski Józef - Poezye t. II <center><big><big>DO SZTAMBUCHA S. C.</big></big></center> <br /> Jako skry w dymu obłokach, Tak, śmiertelni, garstka nasza Błąka się, łączy, rosprasza, Błyska i ginie w pomrokach. Dziś tu, a jutro w tern gronie Nie ujrzym ciebie dziewico! Rodzinne Podola błonie Tkliwą powitasz źrzenicą. Lecz, choćbyś była za światem, Myśl tu o tobie nie zginie; Choć kwiat odbiorą dolinie Tchnie ona jeszcze tym kwiatem.<br /><br /> <center><big><big>KANAREK ZOSI.</big></big></center> <br /> Ktokolwiek jesteś, gdy masz duszę tkliwą, Gdy masz to szczęście być w ogródku Zosi, Westchnij: tu w kwiatów cieniu grób się wznosi. O jakże często, gdy już dni przędziwo Los pocznie złocić, przecina je parka! Westchnij ten czarny grób, sześć calów duży, Skropiony wdzięcznie łzą poranną róży, Lubego Zosi pochłonął kanarka. Raz tu, wieczorna gdy już błyska rosa, Gdy błądzą duchy po państwie xiężyca, Czy to liść lecąc dotknął Zosi lica, Czy wietrzyk wionął pierścieniem jej włosa, Czy płocha Syllow była to igraszka: Ze widzieć mniema cień miłego ptaszka; Jakby szczęśliwe chcąc przypomnieć życie, m ji9 Pragnął raz jeszcze siąść na śnieżnem łonie; Chwyta go dłońmi, lecz zwiedzione dłonie Tylko mocniejsze czują serca hicie. Jeśli niepłonne zwiodło ją łudzenie, Natchnij me rymy o cieniu maleńki! Niech będą wdzięczne jak twoje piosenki, Kiedyś chciał Zosi przerwać zamyślenie. W samotnej celi ojca Celestyna, Co ranek świętą przerywając ciszę, Wiodła skrzydlatych śpiewaczków drużyna, W więzieniu z siatki życie niezbyt mnisze, Gdyż jej bezzeństwa obce były śluby. Tam, na pobożnej wysłużony głowie, Napchany watą stał kaptur wr alkowie, W nim się wylęgnął nasz kanarek luby. Otwórzcie xięgi królów i narodów: Jak mądre nieba, maleńkie istoty, Świat dziwiącemi darzyły przymioty, Tysiąc czci godnych znajdziecie dowodów. Muza ma starszych przykładów nie zbudzi; Lecz mały Pepin, władca Gallów ziemi, Choć się wydawał tak w rodzaju ludzi, Jak fraszka między dzieły ważniejszemi; Dowiódł, że na świat przyszedł nie dla fraszek; Przykładem jeszcze nasz Łokietek śmiały, Co choć maleńki wielkiej nabył chwały; Przykładem wreście nasz nieboszczyk ptaszek. Stugębna sława dnióm potomnym powie, Ty mów niniejszym Ojcze gwardijanie! Mów, twe świadectwo za sto innych stanie: Jak wielki rozum był w kanarka głowie, Jak, chcąc niewinnej po trudach zabawy, Wielebni nie raz brali się za boki: Pojętnym głoskiem i zwrótnemi kroki Niemiecki taniec gdy przedstawiał żwawry; To ciężki wodą, ceberek uparty Dziobkiem do klatki przyciągnie na nici; To groźny, jakby Achilles, pochwyci Dzidę ze słomki, lub szabelkę z karty; Dzielnie ćwiczenia powtórzy wojskowe; Słowem miał siłę i wdzięki i głowę. Rozum i szczęście rzadko żyją razem. Bohatyrkowi naszemu dni zorze Często mgłą nudy ćmiło się w klasztorze; Często pod ciężkim mdlejący rozkazem Kosztem sił swoich niósł komuś zabawę. Przysłużna wprawdzie dłoń czułych dewotek Niekiedy słodkich doszle mułakotek; Zresztą złe jadło, choć miał dobrą sławę. Nie prędko sławy tej doczekał plonu; Nie wiem, przed dźwiękiem pięknych proźb, czy złota, Dlań się klasztorne otworzyły wrota; AViera, ze nakoniec wystąpił z zakonu. Poszedł pod iniłe Zosi panowanie. Losie! ciemiężco zasługi i cnoty; By tym dotkliwsze wrazić później groty, Chytrze się czasem uśmiechasz tyranie! Młodzian, co Zosię obdarzył kanarkiem, ”Wdzięczną miał postać, oko tajemnicze, Mówił do serca; a serce dziewicze W piętnastym roku nie jest niedowiarkiem. Głoście mężczyźni, w samochwalczej dumie, Żeśmy w uczuciach i stalsi i szczersi; Ze jasnołona płeć kochać nie umie; Mniemałem z wami; lecz biję się w piersi. Nas żądze śmiałe w miłości unoszę; A was lękliwe chęci piękne Panie! Głównym jest celem chlubą i rozkoszą, Nam, serc podbicie; wam ich zatrzymanie. Nie raz, kto własnych win przepełnił miarę, Ten z drobnowidzem szuka ”waszych ”winek My to tkliwego serca upominek Bierzem jak zdobycz, a wy jak ofiarę. Przy każdem zdaniu jest mówią wyjątek: Żyła swem Zosia szczęśliwa kochaniem W raju niewinnych pieszczot i pamiątek. Nieraz, gdy luby swych uczuć wylaniem Darował słodkie duszy uniesienie, Wyrwał się z serca jej całunek miły, I lub w gorące zmienił się westchnienie, Lub go w ptaszynie usta utopiły; Choć nagła wstydu na licach jutrzenka, Uśmiech i lekki dziewicy frasunek, 1 tkliwa w oczach młodzieńczych podzięka Jawnie mówiły komu ten całunek. Gdy nie są razem kochankowie czuli, Gdy brak roskoszy osładza jej wzmianka: 2osia ptaszynę swą do serca tuli; Tkliwie drogiego w niej pieści kochanka, Widzi w jej oczkach i słyszy w jej głosie, Wdzięk, co przed chwilą uszczęśliwiał Zosię. Po pysznej klatki warownej przed kotem, Strojnej kwiatami, jaśniejącej złotem, Pan jej codziennie powracał o zmierzchu; Codziennie rankiem wylatywał na nią, I, jakby Derwisz z Blinai eta wierzchu, Wdzięcznym odgłosem budził swoją panią. Potem, po salach roznosząc piosenki, Latał swobodny od ręki do ręki. Nadszedł przeklęły dzień po wszystkie wieki. W roskoszny gaik wzywała hulanka; Zbiegł się ochoczo sąsiad niedaleki; Zosia tam ujrzeć śpiesząca kochanka, Śpiesząca milej królować zabawie, Chwyta szlafroczek; lecz cóż jest w rękawie! — Mysz! mysz! krzyknęła; omdlewam! ratunku Gdzie Jan? gdzie Marek? Eenigna! Dorota! — Już pełno w domu wrzasku i frasunku. —Mysz! mysz! wołają, kota! prędzej kota!— Ale zastąpił kota śmiały Marek. Porwał przez rękaw i przydławił wroga. Wytrząsa z dumą; spojrzeli dla Boga! Kie mysz to była, nie mysz, lecz Kanarek!... Umarła Zosia na całą minutę; A gdy strwożone otworzyła zmysły, Oczka ptaszyny były mgłą zasute, Oddech zbyt ciężki, skrzydełka powisły, I śmierci ręka ciężyła na główce. Zebrano radę: ten życzy balsamy, Ten plastry — Stójcie! był głos jednej damy, Alboż to niema Michałka w Maclinówce? Tu powstał jakiś rozumu obrońca, Wnet się zerwały rosterki i zwady. Możeby dobry był skutek tej rady, Gdyby Kanarek dożył do jej końca. W klatce, gdzie do snu zamykał powieki, Zasnął raz jeszcze, ale już na wieki. Zasnął; patrz napis wyryty na grobie: „Blada śmierć równie w Mocarzów pałace, „Jak i do klatki kanarka kołace. „Mnie dziś przechodniu, może jutro tobie.” All content in the above text box is licensed under the Creative Commons Attribution-ShareAlike license Version 4 and was originally sourced from https://pl.wikisource.org/w/index.php?oldid=349860.
![]() ![]() This site is not affiliated with or endorsed in any way by the Wikimedia Foundation or any of its affiliates. In fact, we fucking despise them.
|