Difference between revisions 2467419 and 2591835 on plwikisource<br> {{tab}} <br> {{tab}} WYBÓR DZIEŁ<br> {{tab}}KLEMENTYNY z TAŃSKICH HOFMANOWEJ.<br> {{tab}}WYDANIE JUBILEUSZOWE. TOM VI.<br> {{tab}}WYBÓR<br> {{tab}}OPISÓW i OPOWIADAŃ HISTORYCZNYCH<br> {{tab}}POD KIERUNKIEM<br> {{tab}}Dra PIOTRA CHMIELOWSKIEGO.<br> {{tab}}KRAKÓW<br> {{tab}}NAKŁADEM „CZYTELNI POLSKIEJ“.<br> {{tab}}1898.<br> {{tab}}<br> {{tab}}W DRUKARNI C. K. UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO pod zarządem Józefa Filipowskiego.<br> {{tab}}Powiastki i opisy Hofmanowej.<br> {{tab}}Stworzenie czytelni dla dzieci jest jedną z największych zasług Hofmanowej. W literaturze ojczystej wzorów miała bardzo niewiele, kształciła się więc głównie na francuskich, a potem na angielskich. Nigdy jednak ślepą naśladowczynią nie była dla dzieci. Ogólny zasób powiastek moralnych i opisów, przez nią skreślonych, wynosi około 100. Dokonała tej pracy, obok wielu innych, w ciągu lat 14 tj. od r. 1820 do 1834. Ton jej stylu zmieniał się duść często: bywał sentymentalnym i trochę wyszukanym, ale bywał także żywym i naturalnym. Treść też dotykała różnorodnych stosunków ludzkich i przedstawiała bogatych i zubożałych, leniwych i pracowitych, swawolnych i przykładnych; zarówno wypadki spółczesne, jak i dawno minione dostarczały materyału autorce, pragnącej wszczepić w czytelników cześć dla cnoty i wielkiej przeszłości narodu.<br> {{tab}}Nie wszystkie te utwory odpowiadają dzisiejszym wzmożonym wymaganiom artystycznym. Chcąc więc ogłosić je nie jako zabytek literacki, ale jako rzecz mogącą mieć znaczenie praktyczne w chwili obecnej, po-<br> {{tab}}1* trzeba było dokonać wyboru, tj. usunąć wszystkie powiastki, opisy, życiorysy słabsze pod jakimkolwiek względem, a zgromadzić razem te, w których zalety wyższe są od wad i usterek.<br> {{tab}}Wyboru tego dokonałem z czterech działów, jakie w pismach Hofmanowej są zazwyczaj zachowywane, tj.: 1. z powiaslek moralnych, 2. z powiastek historycznych, 3. z życiorysów i 4. z opisów przejażdżek po kraju.<br> {{tab}}Wśród powiastek moralnych pomieściłem zarówno te, jakie Hofmanowa oryginalnie napisała, jak i te, które językowi naszemu przyswoiła. Odnosi się to mianowicie do odrębnej grupy pięciu opowiadań, wziętych z dziełka Wilsona: > Linghts and shadows of scotisch life« (Światła i cienie życia szkockiego). Uczucia tu odmalowane, a szczególnie sposób ich wyrażania, przechodzą średnią miarę naszej autorki i wznoszą się nieraz na wyżyny, na których ona nigdy nie przebywała w oryginalnych swoich utworach. Należą tu: »Łoże śmiertelne starego Szymona«, Pogrzeb kościelnika«, »Syn korsykarza«, “Występna rodzina® i »Tęcza«.<br> {{tab}}Z powiastek historycznych wybrałem te. co się odznaczają prostotą i naturalnością opowiadania; pomiędzy niemi wartość największą ma »Obiad czwartkowym malujący żywo i wiernie owe słynne biesiady, na których król Stanisław Poniatowski znajdował wypoczynek i rozrywkę, a literaci (Naruszewicz, Wyrwicz, Łojko, Węgierski, Bohomolec) mogli się płodami talentu swego popisywać. W życiorysach sławnych Polaków, Tańska zgodnie ze swojem usposobieniem wybierała ludzi znanych raczej z nauki i talentu, aniżeli z męstwa, dzielności i zręczności dyplomatycznej. To też wśród 18 szkiców biograficznych znajdujemy 3 tylko poświęcone znakomitościom wojskowym lub politycznym. Jan Tarnawski, Wacław Rzewuski więcej się odznaczy! jako poeta aniżeli jako hetman, a dwaj inni na polu także piśmiennictwa siady pracy swej zostawili. Nie należą te życiorysy do bardzo udatnych. Znaczenie nie tylko biograficzne ale po części i naukowe mają biografie Naruszewicza, Alojzego Felińskiego, Karpińskiego, Piramowicza i Mikołaja Dzieduszyckiego.<br> {{tab}}Cztery z nich początkowe nie dlatego mają wartość naukową, iżby w nich krytycznie ocenioną została działalność tych pisarzów, lecz dlatego, że zawierają one cenne materyały biograficzne, pierwszy raz tu ogłoszone. Wspomnienie o Mikołaju Dzieduszyckim jest rodzajem pamiętnika o lnłodzieńcu, któryby bez przysługi Tańskiej nie istniał w spisach historyi piśmiennictwa naszego. Ona objaśniła nas, że był to młodzieniec o chęciach zacnych i gorących, kt, ór\ się podczas sejmu czteroletniego łączył stosunkiem przyjaźni z ówczesną młodzieżą literacką: Felińskim, Wyszkowskim, Tymienieckim, Szubertem, Rudzkim i innymi; ze miał zdolności poetyckie, okazane w tłomaczeniu z łaciny, francuskiego J niemieckiego. W opisach podróży Tańska kładła zawsze na pierwszym planie wspomnienia historyczne, popierano, nieraz długiem wyliczaniem sławnych < sobislości, napisów grobowych, aktów urzędowych; na drugim dopiero planie są zwyczaje., obyczaje i podania ludowe, na ostatnim — krajobrazy. Wszędzie towarzyszy autorce chęć oświecenia, nauczenia czegoś pożytecznego a łatwego do zrozumienia; wszędzie opowiadanie odznacza się prostotą, naturalnością. a częstokroć — ożywieniem. Z opisów tych rzecz o Puławach ma dziś największą bodaj cenę, jest bowiem najdokładniejszem sprawozdaniom z tego, czem była siedziba Czartoryskich w roku 1825. Tu mieszczą się wspomnienia o Świątyni Sybilli i Domku gotyckim wraz z wyszczególnieniem zgromadzonych tam pamiątek; tu się znajduje świadectwo o dobrym stanie wieśniaków, o szkółce wiejskiej, o domu roboty, gdzie rzemiosł uczono, o szkółce ogrodniczej, o szkółce dla dziewcząt, o nagrodach dla odznaczających się rządnością i dobrymi obyczajami włościan, o uroczystości rozdawania nagród na »Kępie« obok krzyża Maryi; tu jest także mowa o.lasinku, który się kształcił w szkołach wileńskich kosztem ks. Czartoryskich, nie wstydził się chłopskiego pochodzenia i nazwiska. — Wydania zbiorowe nie zawierają tego opisu, zaajduje się on tylko w »Rozrywkach* na r. 1825.<br> {{tab}}(P. Chmielowski. I. CZTERY POWIEŚCI. <br> {{tab}} CZĘŚĆ PIERWSZA. CZTERY POWIEŚCI WrĘKSZE*)-<br> {{tab}}W S T Ę P.<br> {{tab}}W pewnej wiosce u państwa Kamiriskich, spodziewano się bardzo wielu gości na ostatki. Juz w tłustą.Środę zaczęli się z^żdżać; przyechali w tym jednam dniu po obiedzie: państwo.Jabłońscy, właściciele dóbr pięknych, o kPka mil z lam ląd leżących; pan Kaniewski, wdowiec bardzo uczony, i pan Brzeski, doktor, a jessiEe daleko więcej się ich spodziewano. Każdy z tych gości przywiózł z sobą córeczkę.<br> {{tab}}Państwo Kamińscy mieli także córeczkę, Józię, bardzo grzeczną dziewczynkę; zebrały się więc cztery panienki. z których najstarsza ledwie miała łat ośm. Rodzice ifh bardzo dobrze się znali, ale one p erwszy raz<br> {{tab}}’) Myśl tych cztersch powieści wzięta jest z angielskiego dzielą, pod tytufein: Mistress Leiiester^s School (Szkoła Tan Le’ cestei). w życiu się widziały; długo więc, bardzo długo, po pierwszem przywitaniu się. siedziały wyprostowane na sofce pod oknem: jedna patrzyła z pod oczka na drugą, ale nic nie mówiły do siebie. Józia, jako grzeczna i dobrze wychowana dziewczynka, radaby chciała zabawić swoich gości, więc rozpoczynała rozmowę to o zimnie, to o złej drodze; lecz ta jej mowa urywała się prędko: dziewczęta zasłaniały sobie co moment usta chustką, przecierały oczy, kręciły się, i zgadnąć można było, że ziewają i nudzą się. Spostrzegła to siostra pana Kamińskiego — Paulina; nie miała sama dzieci, ale je bardzo lubiła; od kilku dni bawiła u brata, i chociaż ledwie raz na rok go odwiedzała, mała Józia, jej siostrzenica, kochała ją serdecznie, i ona ją nawzajem. Ta dobra ciocia pomiarkowała więc kłopot Józi, i ulitowała się nad nią; zbliżyła się tedy do okna, przemówiła grzecznie i łagodnie do każdej dziewczynki, i nareszoie tak powiedziała:<br> {{tab}}— Ja bardzo dzieci lubię, i przykro mi jest patrzeć na nie, gdy są w kłopocie i nudzą się: a wy, kochane panienki, podobno jesteście w takiem położeniu. Muszę koniecznie temu zaradzić. Posłuchajcie mnie. Podług wszelkiego prawdopodobieństwa, cały tydzień razem z sobą spędzicie; nie sposób, żebyście tak cały tydzień na tej sofie przesiedziały: trzeba ażebyście zaczęły rozmawiać z sobą, bawić się, trzeba się poznać; a wiecie jak najlepiej poznać się można?<br> {{tab}}— Ach! jak? jak? — spytała się Józia, która już od pół godziny nad tem dumała.<br> {{tab}}— Oto pójdźmy do kominka — odpowiedziała dobra ciocia, — tam się wesoło ogień pali. Siądźmy na małych kanapkach, obok niego stojących.<br> {{tab}}— A potem co? — przerwała Józia.<br> {{tab}}— Słuchaj tylko cierpliwie, — mówiła Paulina. — Czytałam w jednej starej książce, że dawno, dawno, kiedy przypadkiem kilka osób, nieznanych sobie, zeszło się do jednego domu, opowiadały sobie wzajemnie historyę życia swego, i tym sposobem się poznawały. Czemużbyście wy tak zrobić nie miały, kochane dzieci? Spróbujcie! niech każda z was powie, co tylko pamięta z tego, co jej się od urodzenia dotychczas zdarzyło, lo jest historyą życia swego; a obaczycie, że wnet nie będzie już żadna patrzała z pod oka na drugą, nie będziecie ziewać ani się nudzić, i przed końcem wieczora tak będziecie dobrze z sobą, jak gdybyście się oddawna znały.<br> {{tab}}Podobała się ta myśl Józi i innym dziewczętom; wstały, poszły do kominka, siadły na kanapkach, ale każda z nich byłaby chciała słuchać, a mówić sama nie miała ochoty. Anielka Jabłońska mówiła, że nie potrafi; Joasia Brzeska, że niema co powiedzieć; Marynia Kaniewska, że nie wie od czego zacząć, Józia, że nie chce być pierwszą. Dobra Paulina zachęcała dziewczęta jak mogła, każda się tłumaczyła i wzdragała; ale nareszcie każda powiedziała, że byle tylko która inna zaczęła, ona potem powie. — Usłyszawszy te słowa, Paulina powiedziała do Józi:<br> {{tab}}— Przynieś papieru, pióro i kałamarz.<br> {{tab}}Józia przyniosła wszystko, Paulina podarła papier na cztery karteczki, spytała się każdej dziewczynki o jej lata i imię, napisała na osobnej karteczce, zwinęła je w trąbkę, wzięła mały koszyczek, wrzuciła w niego karteczki, zamieszała i podała go najstarszej z panienek<br> {{tab}}Anielce Jabłońskiej. Anielka śmiejąc się, wzięła jednę karteczkę, rozwinęła i przeczytała głośno: Józia. Na Józię więc wypadło opowiedzieć najpierwej historyę życia swego; drugie dziewczęta usłyszawszy to, klasnęły w ręce, cieszyły się i śmiały. Józia zaś zaczęła dumać, rumienić się; ale nareszcie, gdy jej towarzyszki sunęły się jak mogły najciaśniej w kółko obok kominka, gdy jej ciocia wskazała miejsce skąd zacząć wypadało, i niektóre podała myśli, Józia w tych słowach mówiła:<br> {{tab}}Historya Józi.<br> {{tab}}1’owieść pierwsza.<br> {{tab}}Bardzo małą byłam, kiedy mi umarła Mama; bo 1a Mama, którą tu widzicie nie była odrazu moją Mamą: pierwej miałam inną, i dotąd doskonale ją pamiętam. Tata bardzo żałował tej pierwszej Mamy; i podobno najwięcej dla tego, że taką dobrą była, poszukał sobie niedługo drugiej. Rano, tego dnia, kiedy miał być ślub, wziął mnie na kolana, jak często od śmierci tamtej Mamy robił. Pocałował mnie kilka raz\, powiedział żem jest biedna sierota, i spytał się mnie:<br> {{tab}}— Czy kochasz pannę Zofią?<br> {{tab}}— Odpowiedziałam mu, że kocham.<br> {{tab}}— Kiedy tak, moja Józieczko, — powiedział, — to bardzo dobrze, bo ja się dziś z panną Zolią żenię; ona będzie mieszkać z nami, i będzie twoją drugą Mamą.<br> {{tab}}Mówiąc to, Tata miał twarz tak wesołą, oczy tak żywe i miłe, żem pomyślała sobie zaraz:<br> {{tab}}— To będzie przedziwna rzecz dla Taty i dla mnie, znowu znaleść Mamę.<br> {{tab}}Tata potem uściskał mnie, zdaje mi się nawet, że mnie pocałował w rękę, i powiedział, żebym się poszła ubrać, gdyż on pojedzie, i za kilka godzin powróci już z Mamą. — Niezmiernie z lego szczęśliwa, pobiegłam opowiedzieć wszystko mojej bonie. Szukałam jej długo po całym domu, nareszcie znalazłam przed sienią z szal arką i z innemi służącemi, i patrzała jak Tata wsiadał do karaty..Śliczna była nasza kareta, ale już trochę brudna: Tata kazał ją umalować na nowo, cztery konie były u niej, szory ich świeciły się jakby złote, lokaje i stangret mieli nową liberyę, a konie — róże z niebieskich wstążek przy uszach. Tata także był ślicznie ubrany; nie w żałobie, ale w kamizelce białej, w czarnym fraku. Już siedział w karecie, kiedy mu ogrodnik oddał przepyszny bukiet; ledwie go Tata objął obu rękami; potem zawołał jeszcze na mnie:<br> {{tab}}—Bywaj zdrowa Józieczko!<br> {{tab}}Kucharzowi, szafarce i innym służącym powiedział:<br> {{tab}}— Miejcież wszystko gotowe, — stangretowi: ruszaj co koń wyskoczy! — i pojechał.<br> {{tab}}Gdy już kareta była za bramą, i nie było jej widać, poszłam do mojego pokoju, a ze mną szafarka i bona; postrzegłam dopiero wtenczas, że miały nowe suknie: jedna zieloną, druga szafirową, i u czepków atłasowe wstążki; a spojrzawszy na moje łóżeczko, zobaczyłam różową atłasową sukienkę, nowiuteńką, prześliczną, a drugą białą krepową, wstążkami obszytą; były i majteczki, była i przepaska, i trzewiki różowe rękawiczki białe, łańcuszek złoty z krzyżykiem: powiedzieli mi, że to wszystko Tata kupił dla mnie, a ja myślałam, że oszaleję z radości. Biegałam po pokoju, skakałam, krzyczałam, ściskałam bonę i szafarkę, mówiłam:<br> {{tab}}— Co za szczęście, że Tata dziś się żeni z panną Zofią, że ona będzie mieszkać z nami, że nie będę sierotą, że będę miała znowu Mamę!<br> {{tab}}Kzafarka trząsnęła głową; bona ruszyła ramionami, westchnęła głęboko i powiedziała: biedna dziewczynka! zaczęła sobie obcierać oczy, a szafarka pod nosem zamruczała:<br> {{tab}}To szlraszna rzecz, jakto i dzieci mają krótką<br> {{tab}}pamięć!<br> {{tab}}Nie myślałam wcale, żeby te słowa były do mnie, bom sobie właśnie w ten moment przypomniała, że mnie Mama zawsze z dobrej pamięci chwaliła. Bona wtenczas zaczęła dmuchać w moje rękawiczki, i rozciągać je, a że pękły przy wielkim palcu, powiedziała:<br> {{tab}}— Takie same, widzę, białe jak i czarne; bo w dzień, kiedy naszą biedną panią...<br> {{tab}}Tu szafarka położyła swój palec na ustach, i nie dała bonie mówić dalej, a mnie te czarne rękawiczki przypomniały zupełnie chorobę, śmierć i pogrzeb Mamy. Widziałam ją bladą, leżącą na karmazynowym szezlongu, w czarnym szlafroczku i w czepeczku tiulowym, a potem na łóżku tak dobrze uśpioną, że na żadne moje wołanie obudzić się nie chciała; widziałam ją potem w skrzyni drewnianej, na atłasowej białej poduszce, w tym samym czepku, w tym samym czarnym szlafroczku, bo tak po śmierci ubraną być chciała; widziałam potęm jak ją w tę skrzynię zamknęli, jak ją ludzie nasi czarno ubrani wzięli i do kościoła zanieśli. Widziałam jak Tata mdlał, a i Ciocia i inne osoby cuciły go wódką pachnącą, wodą, i prosiły, żeby nie tak rozpaczał, żeby pamiętał, że ma córkę. Widziałam to wszystko, przez ten czas jak mi bona loki na głowie układała; ale widziałam to wszystko w myśli, nic nie mówiąc głośno. Bo od tego czasu jak Mama umarła, nikt mi o niej nie mówił, ale ja o niej często myślałam, i wcale jej nie zapomniałam. Prawie codzień upatrywałam sobie chwilę, kiedy mnie nikt nie widział, brałam stołeczek Mamy pod nogi, lalkę którą Mama dla mnie w pierwszych dniach słabości swojej ubrała, i szłam do jadalnej sali. Tam na boku są drzwi do pokoju, w którym Mama umarła, w tym pokoju dotąd nikt nie mieszka; jam codzień próbowała otworzyć te drzwi, bom tam Mamę ostatni raz żywą widziała; alem nie mogła: szafarka zamknęła je na klucz; patrzyłam więc przynajmniej przez dziurkę od klucza, stanąwszy na stołeczku, żeby cośkolwiek zobaczyć; i widziałam zawsze szezlong karmazynowy, na którym Mama leżała. Napatrzywszy się go, siadałam sobie na stołeczku, bawiłam się moją lalką, piastowałam ją, kołysałam, i śpiewałam jej. jak Mama mi śpiewała, kiedym bardzo była maleńka: »Lulajże mi, lulaj! czarne oczki stulaj...« Ale nie mogłam nigdy udać miłego głosu Mamy, ona tak przyjemnie i śpiewała i mówiła. Pamiętam raz, kiedy już była bardzo chora, Tata chciał mnie wyprowadzić z jej pokoju, a ona tak słodko powiedziała:<br> {{tab}}— Daj jej pokój, moje życie; mnie głowa nie boli od szczebiotania Józieczki!<br> {{tab}}O! jak bona ułożyła mi loki ze wszystkich włosów, jak mi włożyła te nowe sukienki, te rękawiczki, ten łańcuszek, byłabym z duszy chciała, żeby Mama żyła, i widziała jak byłam ładną na weselu Taty. Ale to być nie mogło; pobiegłam przynajmniej do sali, zajrzałam przez dziurkę od klucza, przypatrzyłam się szezlongowi, siadłam pode drzwiami na stołeczku, piastowałam moją lalkę i śpiewałam jej. Dziwna myśl przyszła mi do głowy: zdawało mi się koniecznie, że gdy Tata ożeni się z panną Zofią, ona powinna przemienić się w moją Mamę: tak być bladą, słabą, jak ona była; bo już tamtej Mamy zdrowej wystawić sobie i teraz nie mogę.<br> {{tab}}Jak tylko Tata wrócił do domu, i już z panną Zofią i z innemi gośćmi, zaraz mnie szukać zaczął; przyszedł do jadalnej sali z moją drugą Mamą. Już miałam odchodzić, i na pożegnanie patrzyłam sobie właśnie przez dziurkę od klucza; Mama blada i chora tak mi stała w oczach, że kiedy Tata powiedział:<br> {{tab}}— Patrz, Józieczko, oto twoja Mama!<br> {{tab}}Ja tylko tyle, żem się odwróciła, i oczy podniosłam na chwilę, ale czemprędzej zasłoniłam twarz rękami i zaczęłam rzewnie płakać. Doprawdy nie wiem dobrze dlaczego tak płakałam; chyba dlatego: że panna Zofia była rumiana i świeża, a Mamy twarz blada; że panna Zofia miała oczy czarne, niezmiernie żywe, a Mamy oczy były niebieskie i miłe; że Mama miała czarny szlafroczek, czepek tiulowy, a panna Zofia białą suknię, bukiet u boku i zielone liście na głowie; zaczęłam więc wołać:<br> {{tab}}— Nie chcę, żeby panna Zofia była moją Mamą! to nie Mama!<br> {{tab}}I tak krzyczałam, że Tata musiał zawołać bony; wiem że ją łajał, i kazał mnie zanieść do mego pokoju, mówiąc, żem bardzo niegrzeczna.<br> {{tab}}Kilka dni tak zeszło: były cukierki, ciasta, goście, a ja zawsze byłam niegrzeczną dla panny Zofii; iłem razy na nią patrzyła, tyle razy myślałam sobie:<br> {{tab}}— .lak ten Tata może mówić, że ona jest moją Mamą, kiedy ona nic do Mamy nie podobna.<br> {{tab}}Ile razy Tata zobaczył, że jestem niegrzeczną dla panny Zofii, zawsze mnie łajał, i przypominał, żem mu powiedziała, że ją kocham; panna Zofia zaś mówiła:<br> {{tab}}— Nie gniewaj się na Józieczkę, proszę cię, zobaczysz, że my się pokochamy.<br> {{tab}}Jednego dnia, pamiętam, byłam nadzwyczaj niegrzeczną; nie chciałam odpowiedzieć ani słowa pannie Zofii, Tatko też rozgniewał się nie żartem, wyszedł z pokoju i zaniknął drzwi z takim trzaskiem, że się aż okna zatrzęsły. Przelękłam się niesłychanie; zostawszy sama z panną Zofią, spojrzałam na nią z boku, bom była pewna, że i ona gniewa się bardzo na innie. Ale ona owszem uśmiechnęła się łagodnie, i powiedziała:<br> {{tab}}— Chodź do mnie Józieczko!<br> {{tab}}Przyszłam do niej.<br> {{tab}}— Nie trwóż się, — powiedziała, — Tata się da przeprosić, tylko bądź dla mnie grzeczniejszą; ja nie chcę, żebyś mnie zaraz tak kochała jak Mamę, ja wiem, że to być nie może, ale przecież kochaj mnie choć troszeczkę, bo ja cię bardzo kocham; i powiedz mi, dlaczegoś patrzyła przez tę dziurkę od klucza, kiedy mnie Tata tu przywiózł, i dlaczegoś tak płakała, zobaczywszy mnie?<br> {{tab}}— Bo tam jest pokój mojej Mamy, — odpowiedziałam płacząc, — i ja tam widziałam Mamę, słabą i bladą.<br> {{tab}}Panna Zofia się lozpłakała, gdym ja wymówiła te<br> {{tab}}KI z T. Hofmanowa T. VI. 2 słowa; mnie lak było przykro, że ona płacze z mojej przyczyny, żem zapomniała o wszystkiem: wskoczyłam na sofę, na której ona siedziała, usiadłam na jej kolanach, objęłam jej szyję rękami i powiedziałam:<br> {{tab}}— Niech panna Zofia nie płacze, ja już będę grzeczną, już nie będę patrzyła przez dziurkę od klucza.<br> {{tab}}Wtenczas panna Zofia uściskała mnie serdecznie, i powiedziała, że mnie zaprowadzi do Mamy pokoju. Wstawszy, zadzwoniła na szafarkę, i prosiła ją o klucz. Szafarka, najprzód wzbraniała się dać go, ale nareszcie przyniosła. Panna Zofia wzięła mnie za rękę, i poszłyśmy do tego pokoju, w którym od tak dawna być chciałam. O! jakżem była szczęśliwa, żem się do niego dostała! Pokazywałam Pannie Zofii wszystkie rzeczy, które Mama najlepiej lubiła, a ona wypytywała się mnie o śmierć i chorobę Mamy. Opowiedziała mi potem, że była wychowaną prawie z Mamą, że się tak kochały jak siostry, ale panna Zofia była właśnie gdzieś daleko, kiedy Mama umarła; powiedziała mi także, że jeśli będę grzeczną, to będzie przychodziła codzieil ze mną do tego pokoju, i będzie mi opowiadać różne rzeczy o Mamie i o sobie, o tem jak się razem chowały i uczyły.<br> {{tab}}Gdy Tata wrócił do nas, panna Zofia trzymała mnie za rękę, i chodziła ze mną po ogrodzie, a ja jej pokazywałam kwiaty Mamy, i mówiłam, że jeszcze piękniejsze róże kwitły, kiedy Mama żyła. — Tata bardzo się zadziwił zastawszy nas w takiej zgodzie:<br> {{tab}}— Gzy to ta niegrzeczna Józia? — powiedział; — cóż się to stało? jakiż to cud?<br> {{tab}}— Nie pytaj się, —odpowiedziała panna Zofia z uśmiechem, — jak się to stało, dowiedz się tylko, że mnie Józieczka kocha, i że będzie nazywać mnie Mamą. Wszak prawda?<br> {{tab}}— O tak, Mamą, zawsze Mamą, bo choć panna Zofia nie tak blada i słaba jak Mama; taka dobra jak ona!<br> {{tab}}To mówiąc, ściskałam jej kolana, bo wyżej dostać nie mogłam; ale Tata mnie podniósł i tak, na jego rękach będąc, ściskałam pannę Zofię, 011 mnie i ją całował, ona nas, i wszyscyśmy płakali.<br> {{tab}}Od tego czasu panna Zofia codzień mnie prowadziła do Mamy pokoju; przenieśliśmy tam wszystkie moje zabawki, a Mama przeznaczyła go na pokój do nauki. Tam moja druga Mama nauczyła mnie czytać i pisać, tam mnie uczy historyi świętej, katechizmu, historyi powszechnej. Dawniej umiałam tylko pacierz i abecadło. Tamta Mama mówiła mi zawsze:<br> {{tab}}— Jak wyzdrowieję, będę cię uczyć.<br> {{tab}}Ale biedna Mama nie wyzdrowiała, i nie przyszło do nauki. Druga Mama zawsze jest zdrowa, raz tylko kilka tygodni chorowała, właśnie wtenczas, kiedy przyjechał z Krakowa maleńki Staś, mój braciszek, który jeszcze i chodzić nie umie; ta Mama codzień mnie uczy, a ja staram się uważać, bo ile razy dobrze się uczę, tyle razy opowiada mi różne historyjki o sobie i o Mamie, kiedy obydwie małe były; i zawsze w tych historyjkach jest coś takiego, że usłyszawszy je, zdaje mi się, że grzeczniej szą będę. Już i Staś bardzo lubi do tego pokoju chodzić, zawsze na te drzwi paluszkiem wskazuje, bo tam są wszystkie moje zabawki; dotąd tam się zawsze uczymy, i teraz doprawdy że już nie wiem, którą Mamę lepiej kocham, czy tamtą, co umarła, czy tę, co żyje? Niktby mi także nie potrafił powiedzieć, która z nich<br> {{tab}}2*<br> {{tab}}lepsza? pewna jestem, że sam Tata tego nie wie, a jakżebym ja miała wiedzieć?<br> {{tab}}Tak zakończyła.luz ia swój i historyę; bardzo się podobała trzem panienki nn: prosiły ją, żeby je zaprowadziła julro rano do tego pokoju, i pokazała tę lalkę, te zabawki, co iin przyrzekła. Paulina zaś uściskała Józię i powiedziała jej:<br> {{tab}}— Moja Józieczko, powinnaś codzień dziękować Bogu, że taki łaskaw na ciebie. Wziąwszy ci jedna dobrą Marnę, dał ci drugą takąź^amą. Nie wszystkie dzieci takie szczęsliwe! czasem i jednej dobrej Mamy nie mają!<br> {{tab}}Westchnęła na te słowa Marynia, która podczas opowiadania Józi nieraz obcierała sobie oczy; ale Paulina jakby me zważając na to, powiedziała jeszcze:<br> {{tab}}Na kogóż teraz kolej mówienia w\padnie? kto wyciąga karteczkę? która z was po Anielce najstarsza?<br> {{tab}}— Podobno ja — zawołała Józia.<br> {{tab}}— Giągmjże karteczkę! powiedziała Paulina, podając (jej koszyczek<br> {{tab}}Józia wzięła jednę, i wyciągnęła Anielki imię. Śmiech stąd powstał wielki, że jej się tak wzajemnością wypłaciła; już bowiem dziewczynki poznały się daleko lepiej z sobą, i zaczęły być poufalszemi. Anielka leż ośmielona, nie myśląc długo, tak mówiła:<br> {{tab}}Historya Anielki.<br> {{tab}}Powieść druga.<br> {{tab}}Dawno już, niezmiernie dawno, Tata i Mama odwieźli mnie do wujaszka i do wujenki, którzy mieszkają na wsi daleko od Warszawy. Nie wiem z jakiej przyczyny tam mnie odwieźli; nie przyszło mi nigdy do głowy, że będę kiedyś opowiadać historyę mego życia, i nie wypytałam się dobrze: zdaje mi się jak przez sen, że pojechali na rok do Paryża. To jednak bardzo dobrze pamiętam, że jadąc do wujaszka i do wujenki, ucieszyłam się niezmiernie, że będę mieszkać na wsi, bawić się cały dzień w ogrodzie z małemi kuzynkami, a wiedziałam, że ich mam trzy: Dosię, Franusię i Kasię; ale gdy Tata i Mama odjechali, kiedy nadeszła zimna jesień, poznałam, że weselej w Warszawie niż na wsi, i że daleko lepiej być u Taty i 11 Mamy niż u wujaszka i u wujenki. — Moje kuzynki zapewne teraz się poprawiły, bo to już dawno jak od nich odjechałam, już dwa lata! ale wtenczas lubiły trochę często się sprzeczać; ja w domu rzadko kiedy z-dziećmi się bawiłam: miałam siostrzyczkę i braciszka, ale poumierali, nic wiedziałam więc jak bawić się z kuzynkami; sprzeczałyśmy się Leż często, a za każdym razem mówiły do mnie:<br> {{tab}}Cicho bądź Anielko, bo pójdziemy i powiemy<br> {{tab}}Mamie!<br> {{tab}}Kiedy która z nich tak powiedziała, ja zaraz w płacz, bom nie miała tam swojej Mamy, do której bym mogła pójść i użalić się. Wujenka zawsze mi mówiła, żem powinna ustępować Kasi, bo młodsza, a nie sprzeczać się z Dosią i Franusią, bo starsze.<br> {{tab}}Wszystkie zabawki w całym domu były własnością moich kuzynek; duże lalki należały do Dosi i do Franusi, a małe do Kasi: jeżeli przypadkiem dotknęłam się której, i zepsułam trochę, wszystkie razem na mnie krzyczały. Nic nie miałam swego, prócz prześlicznej książki z obrazkami, którą z Warszawy przywiozłam; jednego dnia Kasia chciała się nią bawić, ja nie chciałam jej dać, i tak dobrze ciągnęłyśmy obie: ona na swoją stronę, ja na moją, żeśmy książkę rozerwały: każda z nas kilka kartek trzymając w rękach, upadła w znak na ziemię. Jam się mocniej stłukła od Kasi, ale wujenka więcej mnie łajała, wujaszek zaś widząc, że ja się aż zanoszę od płaczu, i tak bardzo mojej książki żałuję, obiecał mi kupić taką samą. Wujaszek często wyjeżdżał z domu; ile razy przyjechał, obstępowały go dzieci, a on zawsze wołał:<br> {{tab}}— Zgadnijcie, co mam w kieszeni!<br> {{tab}}Ja stojąc zdaleka, mówiłam sobie zawsze:<br> {{tab}}— Może wujaszek przywiózł mi książkę, alem nigdy nie zgadła; musiał zapomnieć; przywoził on i mnie zawsze coś maleńkiego: to piłkę, to konika, to pieska, ale kuzynkom daleko piękniejsze zabawki.<br> {{tab}}Jednak po każdym przyjeździe wujaszka moje kuzynki w lepszym były humorze; kiedy ja pozwoliłam się im bawić mcmi zabawkami, to i one mówiły:<br> {{tab}}— Możesz i nasze wziąść.<br> {{tab}}ja brałam; ale jak tylko trochę się pobawiłam, zaraz wołały:<br> {{tab}}Oddaj-no! oddaj! to nie twoje, to moje!<br> {{tab}}Jeśli oddać nie chciałam, skarżyły się przed wujcnką, a ona się na mnie gniewała. Tak minął czas długi, nie wiem doprawdy ile miesięcy, ale bardzo wiele. Była zima, potem lato. potem znowu zima, a Taty ani Mamy nie było widać. Gdy kuzynki kłóciły się ze mną, a wujenka gniewała się na mnie, gdy wujaszek przyjechał, a nie przywiózł mi książki, gdy służący na mnie burczeli, zawsze sobie myślałam:<br> {{tab}}— O mój Boże! czy też nigdy Tata z Mamą nie przyjedzie?<br> {{tab}}O! bo i służący prawie najwięcej mi dokuczali.<br> {{tab}}— Mało mają dzieci Państwo — mówiła panna służąca, — jeszcze dla obcego dziecka prać i szyć trzeba!<br> {{tab}}Zawszem płakała, słysząc te słowa, a słyszałam je codzień, nie tylko od panny, ale od wszystkich. Ale nareszcie skończyły się przecie te długie i smutne miesiące; jednego dnia słyszę trąbkę, trzask z bicza, zajeżdża kocz przed dom, i wysiada z niego jakiś pan niepiękny, ale młody i przyjemny. Wujaszek z wujenką wychodzą naprzeciw niego, ściskają go, a on się pyta:<br> {{tab}}— Gdzie Anielka? gdzie Anielka? czy zdrowa?<br> {{tab}}Jam się schowała za Dosię, bo właśnie tego dnia<br> {{tab}}miałam brudną sukienkę, a panna nie chciała mi włożyć innej, mówiąc:<br> {{tab}}— To nie nie szkodzi, to sobota! ale ten pan mnie znalazł, wziął mię na ręce, i niezmiernie mnie całował.<br> {{tab}}To był Tata, a ja go nie poznałam, bo przyjechał bez Mamy i nie karetą. Ale jak mi tylko powiedział, że jest Tatą, zaraz go poznałam; pytałam się o Mamę: powiedział mi, że została w Warszawie, ale że dziś jeszcze pojedziemy do niej. Dopieroż byłam szczęśliwa! — Zaraz po obiedzie kocz Taty zajechał, wujaszek i wujenka bardzo prosili, żeby choć na noc został, ale on nie chciał, bo się spieszył do Mamy. Ach jakaż to była przyjemna droga, chociaż dosyć było zimno.<br> {{tab}}Tata zupełnie się tak pieścił ze mną jak wujenka z Kasią, wciąż mnie otulał’, często pytał się czy mi nie zimno? tyle miał różnych przysmaczków! Służący Taty tak mi chętnie usługiwali; lokaj zawsze na ręku z kocza mnie wynosił, i mówił na mnie do stangreta: to nasza kochana panienka!<br> {{tab}}A cóż dopiero jakeśmy wjechali do Warszawy! Już było zupełnie ciemno, ale po hałasie i bruku, domyśliłam się, żeśmy w mieście. Zobaczyłam też przed sobą cały rzęd wielkich latarni; wisiały jak gdyby na powietrzu, a takie jasne, że ledwie patrzeć na nie można było. Bawiły mnie bardzo, i prawie żałowałam kiedy się kocz zatrzymał przed pięknym domem; ale wnet zapomniałam o latarniach, bo mnie Tata wziął na ręce, a biegnąc prędko po schodach, zaniósł do pokoju, skąd właśnie wybiegła jakaś prześliczna pani. To była Mama. Tata jej powiedział:<br> {{tab}}— Przywożę ci zdrową Anielkę!<br> {{tab}}O! jak mnie leż ściskała! jak mi się przypatrywała! Niedługo potem dano herbatę; mnie Mama najpierwej nalała: nigdyin tak dobrej herbaty nie piła, i takich wybornych nie jadłam ciasteczek. Mama była prześlicznie ubrana; jeszcze piękniej niż dzisiaj, i taka wysoka, poważna. Palrząc na nią, myślałam sobie:<br> {{tab}}— Nie tylko moje kuzynki mają Mamę, inam i ja moją, a jeszcze jaką!<br> {{tab}}— Tata mnie się spytał wtenczas: —— O czan im-4isz, Anielko ><br> {{tab}}la mu powiedziałam.<br> {{tab}}— A ja, cz\m ci się spodobał lak jak Mama? — zapylał się.<br> {{tab}}Nie mogłam lego prz\znać, bo tak nie było, alepowiedziałam. Tatko jest ładn.ojszy trochę od wujaszka.<br> {{tab}}— Bodajże cię odpowiedział jam zawsze myślał, żem bardzo piękny’<br> {{tab}}hiż co tu, to nie prawda! —zawołałam śmiejąc się, i ta1 dobrze się rozśmiałam, żem wylała herbatę; ale Mama i Tata mnie nic łajali, bo się sami serdecznie śmiali.<br> {{tab}}Nazajutrz rano lata miał mleies w sądzie, i pojechaliśmy razun na miasto. Panna służąca Mam\ włożyła 1111 śliczną saiopkę ciemną, z różowym kapturkiem, kapelusik słomiany now uteńki, i lik innu całowała i w ręre i v buzię, bo ona jeszcze była u Mamy, nim ja się urodziłam. Tata poszedł gdzie miał isć, a my wysiedli naprzeciwko pod filarami.<br> {{tab}}(.o tam sklepów’ co lam pięknych rzeczy’ aż mnie ocz bolały! P, lałam się czy to wszystko Mamy, ale Mama JIOwiedziała, że nie. — Poszliśmy Irochę dalei znowu do takiego sklepu gdzie same książki były; ja się ucieszyłam, bom była pewna, że tam są takie, jak owra moja podarta: powiedziałam o lem Marnie, i Mama mi taką samą kupiła. Nadszedł tam i Tata, wybierał różne książki, a ja czytałam głośno na mojej. Tata powiedział mi, że bardzo dobrze czytam, a ja zapomniałam powiedzieć, że wujenka codzień miewała ze mną lekcyę. Potem wsiedliśmy do karety i pojechaliśmy na inną ulicę. Tata kazał stanąć przed sklepem zabaw ek dziecinnych. U! nigdy nie zapomnę tego sklepu! Co też tam zabawek! a Tata kazał mi wybierać, co tylko mi się podoba. Byłabym chciała cały sklep wybrać, nie mogłam się namyślić; i prosiłam Taty i Mamy, żeby mi sami wybrali. Kupili mi wielką lalkę, prawie tylą jak ja, całe miasto z domami, z kościołami, z drzewami, śliczny teatrzyk malowany, i woziwodę z beczką, z wozem i z koniem; sama zaniosłam te zabawki do karety, Paweł’ lokaj poustawiał je na ziemi, a ja wsiadłam w tyle między Tatą i Mamą, i oka nie spuściłam /, moich zabawek. Za każdem stuknięciem karety krzyczałam, bojąc się, żeby się nie popsuły. Ale szczęśliwie dojechały do domu, i ja nie wiedziałam co robić z wielkiej radości; bo miałam przecie rzeczy, które, do mnie samej należały, i nikt mi ich nie zabierał, jednak żałowałam, że moje kuzynki choć z daleka widzieć tego nie mogły.<br> {{tab}}Po obiedzie przyjechała jakaś pani z córeczką Ewunią, ja jej pokazałam moje zabawki; ale gdy lalkę zaczęła rozbierać i ubierać, wyrwałam jej, mówiąc:<br> {{tab}}— Oddaj! to nie twoje: to moje!<br> {{tab}}Ewunia złapała lalkę za nogi, ja znowu jej wyrywałam:<br> {{tab}}— Oddaj-no, oddaj! Ja mam teraz moją Mamę! nie pozwolę ci się tak bawić lalką, bo to lalka moja.<br> {{tab}}Mama usłyszawszy to, przybiegła z drugiego pokoju i zaczęła mnie strofować.<br> {{tab}}— A! — powiedziałam jej, — moje kuzynki zupełnie tak ze mną robiły; jam nie mogła tego z niemi robić, bo tam nie miałam ani Mamy, ani Taty; ale tu...<br> {{tab}}— A czy ci to było przyjemnie? — spytała się Mama.<br> {{tab}}— O! bardzo niemiło! — odpowiedziałam.<br> {{tab}}Czy nic wiesz o tem. —Me czyń drugiemu co tobie nie miło! powiedziała jeszcze Mama.<br> {{tab}}Poznałam wtenczas, /cm źJe sobiepostąpiła, i zaczęłam llartię przepraszać i obiecywać, że nigdy me będę.<br> {{tab}}W idzisz, mówiła jaszcze Mama. oto matka Ewuni chciała i ciebie i mnie zabrać z sobą do teatru; ale nie wiem czy zechce, ^eby jej córka wdawała się z taką niegrzeczną dziewczynką.<br> {{tab}}.Ta się rozpłakałam, bom jeszcze nigdy w ży^u w teatrze nie była; ale Mama Ewuni powiedziała:<br> {{tab}}Ja wwmi, że Anielka już nigdy tak nie zrobi; pozwól, niech jedzie z nami do teatru: ona się poprawi!<br> {{tab}}O! fakzeni pokęchała tę MaiiHLl^imi1 Pojechaliśmy. W drodze cały czas Mama z nią o tem mówiła, że niedobrze od dzieci odjeżdżać, że> się bardzo psują; że choćby u najlepszych osftb były zostawione, przecież zawsze się tego żałuje, a nakoniec powiedziała<br> {{tab}}— Już nigdy bez koniecznej potrzeby Arrolk nie odjadę!<br> {{tab}}1 sj’\ szawszy te słow a, zaczęłam bardzo Mamę całować; kareta stanęła i uderzyłam się w brodę, ale nie zważałam na to. bo mnie Mama uMskała i widziałam, że się na mnu nie gniewa. Kareta zatrzymała się juzed jakimś domem, a Mama powiedziała:Otóż i teatr. Stał rzęd po w ozów na boku, a niedaleko kilku żołnierzy przy koniach; weszliśmy do dużej sieni, w której było >k:enko, przy ktćrem ludzie kupowali bilety. Ewunia mnie spytała: Będziesz mnie koch&ć Anielko?<br> {{tab}}— 0, będę! — odpowiedziałam, i wzięłyśmy ^ię za ręce.<br> {{tab}}Idąc tuż za Mamą weszłyśmy na schody, a p ’cm na jakiś korytarz; wybiegł człowiek w liberji i zapro-<br> {{tab}}wadził nas do malutkiego pokoju, z dużom oknem. Tam nic nie było prócz czterech krzeseł. Kwnnia mi pou iedziała, że się to zowie łoza; gdyśitu sUmęły w tym oknie, na stołeczkach, żeby nam lepiej było, zobaczyłam wielką salę, i bardzo wielu ludzi w ścianach; najwięcej ich było pod samym sufitem, osobliwie też żydów: bałam się, żeby klóry nic spadł, bo tak się pchali jeden na drugiego; im niżej, tem mniej było osób, a cała sala była malowana, złocona, u karmazynowe firanki ubrana. W środku zaś sali wisiał ogromny żyrandol, lak jasny, zmrużać oczy musiałam. Jeszcze sztuka nie była zaczęta; Mama Ewuni umyślnie nas wcześnie przywiozła, żebym miała czas przypatrzeć się wszystkiemu. Niedługo po naszym przyjeździe, muzyka umieszczona na dole. zaczęła grać bardzo pięknie; ja się spytałam Ewuni:<br> {{tab}}— Czy się to sztuka zaczęła?<br> {{tab}}Ona rozśmiała się ze mnie. bo już trzeci raz była w teatrze; powiedziała mi, że się sztuka rozpocznie, gdy kurtynę podniosą. Ja jej się spytałam:<br> {{tab}}— Co to kurtyna? A ona mi pokazała wielką firankę, prześlicznie malowaną i powiedziała: że za laką firanką jest scena, na której aktorowie grają sztukę. Ach! jak też wyglądałam tej chwili, kiedy tę kurtynę podniosą: osób przybywało. Mama mi posiedziała, że te osoln nie siedzą w ścianach; tylko w takich pokoikach jak nasz. Kolo nas i zaraz nad nami, same prawie kobiety siedziały, pięknie poubierane w kwiaty, w pióra, widziałam i dzieci kilkoro; w samej zaś sali na dole, daleko więcej mężczyzn niż kobiet, ale ci mężczyźni wszyscy tyłem się obracali do kurtyny, i wokoło patrzyli, niektórzy nawet przez szkła, a wszyscy z odkrytą głową. Jak kurtynę podnieśli, zapcune sic musii li obrócć; ale, II/ logo nia widziałam, bom wtenczas nie patrzył.i na nikogo, tylko nascenę<br> {{tab}}Ach! jak tez to było ślicznie’ Sztuka, jak mj Mama potem powiedziała, biła dramatem, tak smutnym, żoserdecznir płakałam. Bvły to Machcibeusze, historytvprawdziwa<br> 0 {{tab}}ż\daih z Biblii wyjęta. Jac\ żydzi dawniej byli’ w cale nie tac\ jak teraz. Jak też pięknie cin»l’» matka Machaheuszóu. trudno mi dotąd uwrzye, że ona tylko udawała: można byłcw>rzysiądz, że to jej synowie; gdyby kto Mamie chciał mnie wziąść i zabić, pewnieby Mama bardzitij me rozpaczała. A jaka przytem piękna! jaka wspaniała! jak, głos miły! Nigdy nie zapomnę jej nazwiska: na teatrze zwała, się Sulonwita, a za teatrem<br> 1 {{tab}}prawdziwie pani Ledóchowska. Mama mówiła, ż)t i w Paryżu lspszej nie ina aktorki. A kiedy na końcu i ją i jej synów widać, jak po śmierci do Boga, do nieba idą, to tak pięknie, tak ślicznie, ż^ się aż coś dziwnego dziej r Szkoda tylko, że to krótko trwa; tedwie się pokaże niebo, już ci go ta brzjdka kurtyna zasłania: o’ szkaradna mi się wtenczas wydawała!<br> {{tab}}Od tego czasu już nie byłam w teatrze, bo w k:lka dni pojechaliśmy na wi«Ś. Kiedy., uż tak wszystko móWię, muszę powiedzieć, że przez jakiś czas Mama miała wiele biedy ze mną, i często mnie musiała łajać, nawet dwa razy rózgą ukarać, ale już teraz jestem grzeczna, i bardzo mi jest dobrze.<br> {{tab}}Niezmiernie się podobała wszystkim historya Anielki, osobliwie też opis teatru; żadna z przytomnych panienek, prófz Joasi, nie była jeszcze w teatrze; umyśliły prosić rodziców, żeby ich kiedy zawieźli do Warszawy. Joasia zaś przyznała, że opis Anielki był zupełnie prawdziwy) i zaczęła także o teatrze opowiadać; ale Józia powiedziała:<br> {{tab}}— Wiecie co? jutro Joasia opowie nam sztuki, na których była, a dziś już wysłuchajmy swoich historyj.<br> {{tab}}— A na kogo teraz kolej ciągnienia przypada? — spytała się Paulina, którą bardzo te powieści zajmowały.<br> {{tab}}— Na mnie! — powiedziała Joasia.<br> {{tab}}— Ciągnijże Joasiu! — dodała Paulina, podając jej koszyczek.<br> {{tab}}Joasia wyciągnęła własne swoje imię. Wszyscy w śmiech, ale Joasia się zatrwożyła.<br> {{tab}}— Co ja też powiem, nieszczęśliwa!<br> {{tab}}— Mów co chcesz i co wiesz! — powiedziała jej Paulina.<br> {{tab}}— Ale od czego tu zacząć?<br> {{tab}}— Powiedz nam ile masz lat, ilu braci i sióstr, jakie miewasz Imieniny? czy masz babunię albo dziadunia?<br> {{tab}}•— O! to już wiem! — powiedziała Joasia klasnąwszy w ręce, i tak mówiła: Hi story a Joasi.<br> {{tab}}Powieść trzecia.<br> {{tab}}Za trzy miesiące skończę siódmy rok. Mam dwóch braci i siostrę, ale ja najmłodsza. Moje imieniny są razem z urodzinami, w mą’, na świętą Joannę. Pierwszę, które pamiętam, były t%.kiedym cztery lata skończyła. Jakem się tego dnia obudziła, jeszcze w koszulce biegłam do Mamy do łóżka, i wołałam:<br> {{tab}}— Mamo! to moje imieniny!<br> {{tab}}Mama wstała, uściskała mnie, darowała mi śliczną sukienkę niebieską w paski, i powiedziała:<br> {{tab}}— Ty nic nie wiesz, Joasiu. Babunia pizysłała wczoraj koni^ i bryczkę, i pojedziemy do mej i do Saluni wszyscy: i Tata i bracia.<br> {{tab}}A Babunia mieszkała o dwie mile od Warszawy w wiosce, którą trzymała w dzierżawie; tam już od miesiąca była moja siostra Saluni al ale ja jeszcze nigdy tam nie byłam. Wtenczas jeszcze ani razu mr wyjeżdżałam z Warszawy, nieypamiętam nawet, żebym jaki ogród widziała; piastunka chodziła ze mną na rynek Starego Miasta, tam mnie woziła w wózeczku, i nic me znałam piękniejszego od Bynku, i od tych topoli, które wkoło niego rosną, Li mieszkaliśmy przy Piwnej ulicy.<br> {{tab}}Kiedym się więc dowiedziała, że pojadę na wieś do Babuni, do Saluni, zaczęłam biegać po całym domu. wpadłam do Taty pokoju, gdzie kilku było chorych; pobiegłam do braci, do kucharki, do młodszej, nawet na dół do kobiety, która tam z bułkami siedziała, i tak s’ę str. 32:⏎ umęczyłam tem bieganiem, że jakeśmy usiedli wszyscy do bryczki, usnęłam na kolanach Mamy. Kiedym się obudziła, spojrzałam na obie strony, i nie zobaczyłam już ani domów, ani kamienic, tylko samą zieloność, a ta zieloność była okryta różnemi kwiatkami: gdzieniegdzie były same żółte kwiatki, i tam pasły się krowy i baranki. Wtenczas skakałam na Mamy kolanach, i mówiłam:<br> (contracted; show full) {{tab}} ’) Prred elekcyą, Jędizej Olszowski biskup chełmiński wydal był księgę, w której po rozstrząśniemu przymiolow ogłoszonych kandydatów, dowodź ł tego, iż najprzyzwoitsza rzecz byłaby Polaka obrać; w szczególności zas Księcia Michała Wiśniow eckiego wychwalał (Albcrłrandi k. 240,.<br> {{tab}} All content in the above text box is licensed under the Creative Commons Attribution-ShareAlike license Version 4 and was originally sourced from https://pl.wikisource.org/w/index.php?diff=prev&oldid=2591835.
![]() ![]() This site is not affiliated with or endorsed in any way by the Wikimedia Foundation or any of its affiliates. In fact, we fucking despise them.
|