Difference between revisions 2591835 and 2592253 on plwikisource

str. 32:
umęczyłam tem bieganiem, że jakeśmy usiedli wszyscy do bryczki, usnęłam na kolanach Mamy. Kiedym się obudziła, spojrzałam na obie strony, i nie zobaczyłam już ani domów, ani kamienic, tylko samą zieloność, a ta zieloność była okryta różnemi kwiatkami: gdzieniegdzie były same żółte kwiatki, i tam pasły się krowy i baranki. Wtenczas skakałam na Mamy kolanach, i mówiłam:<br>
{{tab}}— 0, patrzcie! patrzcie! jaka trawa, jakie kwiatki, jakie krowy, jakie baranki! Ach! jakaż ta wieś śliczna! Zdawało mi się zrazu, że drzewa, płoty, domy, i cała ziemia tańczy, czy ucieka, bo wszystkie te rzeczy jakby uciekały za naszą bryczkę, a inne znowu się pokazywały. Bracia się ze mnie śmiali, i tak się działo do samej wsi Babuni. Babunia z Salunią stały w wystawie przed domem, gdyśmy zajechali; domek był nizki, drewniany, ale mi się podobał; Babunia wzięła mnie na ręce, i całując winszowała mi imienin; Salunia mi także winszowała i darowała mi lalkę. Bracia poszli nie wiem gdzie, a mnie Salunia zaczęła wszędzie oprowadzać. Już wszystko poznała. Zaprowadziła mnie na dziedziniec folwarczny, do stodoły. Tam dwóch ludzi ciężko pracowało: zboże leżało na ziemi, a oni je bili kijami, i taki był hałas, że aż uciekłam. Salunia śmiała się ze innie, i objaśniła mię, że ci ludzie młócą żyto na chleb, a te kije zowią się cepami. Niedaleko stodoły była maleńka sadzaweczka, tam pływało bardzo wiele małych kaczek i gęsi. żółtych jak kanarki warszawskie. A po całym dziedzińcu chodziły kury, szukając pożywienia w trawie i słomie, a z niemi prześliczne, żółciuteńkie kurczątka, które także dzióbkami jeść szukały. Były tam i małe kaczęta, które wodziła kura. Te poszły do sadzawki i zaczęły pływać; jak też ta biedna kura była niespokojna, jak gdakała; jak widać było, że jej przykro i dziwno, że jej dzieci pływają, a ona nie może. Salunia mi powiedziała, że kura nie uchodzi za bardzo zmyślną. Obszedłszy tak folwark, poszłyśmy do sadu; jaki Babunia ma sad prześliczny! Jeszcze kwitły niektóre drzewa, a w trawie co było kwiatków! Salunia rzekła do mnie: możesz rwać, które ci się podobają. Mnie się wszystkie podobały; zaczęłam więc rwać obu rękami; gdym już w rękach pomieścić nie mogła, kładłam w sukienkę, i z temi wszystkiemi kwiatkami pobiegłam do Taty i Mamy: biegnąc prędko, zawadziłam się w progu i upadłam; zaczęłam płakać, ale zobaczywszy na stole chleb świeży, młode masło żółciuteńkie, rzodkiewki, gruszki, śliwki suszone, wnet mi się płaczu odechciało. Babunia dała mi tych wszystkich dobrych rzeczy; nasyciwszy się, poszłam z Salunią do warzywnego ogrodu. Salunia mi opowiadała, jak się zowie to wszystko, co tam na zagonach rośnie: kapusta, brukiew, buraki, marchew, pietruszka, groch, a nawet kartofle; ja jej żadnym sposobem wierzyć nie chciałam, bo te wszystkie rzeczy nic a nic podobne nie były do tych jarzyn i warzyw, które ja w Warszawie na półmiskach i w rosole widywałam; ale Salunia się zaklęła, że jak Mamę i Tatę kocha, tak prawdę mówi: ja jej wtenczas uwierzyłam, bo już niema u nas większego zaklęcia nad te słowa. Na końcu tego warzywnego ogrodu była znowu sadzawka, wokoło niej między wierzbami wiele pni drewnianych z daszkami: jakieś robaczki latały koło tych pni; Salunia mi powiedziała, że te pnie zowią się ule, te robaczki to pszczoły, i że to one w tych domkach robią ten słodki miód i ten wosk, z którego stoczków i świec<br>
{{tab}}KI. 1 T. Hetmanowa. T. VI.	3 tyle. Ja się bardzo ucieszyłam, żem poznała pszczołę, i spytałam się Sal u ni, , czy są między niemi szerszenie? Ona mi powiedziała:<br>
{{tab}}— Są, latają koło ułów: chciałyby miód wyjeść, a nie zrobiły go.<br>
{{tab}}— A to tak, jak w tej bajce Krasickiego! — zawołałam na lo.<br>
{{tab}}— W jakiej? — spytała się Salunia.<br>
{{tab}}— A w tej! i tak mówiłam:<br>
{{tab}}PSZCZOŁA I SZERSZEŃ.<br>
{{tab}}— [dź precz od nas, próżniaku, nie godzien żywienia, <br>
{{tab}}Mówiła żądłem grożąc pszczoła do szerszenia.<br>
{{tab}}— Prawdę mówisz, rzekł szerszeń, i mnie to obchodzi:<br>
{{tab}}Ale żeś pracowitsza, czyż się łajać godzi?<br>
{{tab}}Jestem w nędzy, lepiej się nademną użalić.<br>
{{tab}}Niżeli żądłem straszyć, i samej się chwalić<br>
{{tab}}Kiedy mówiłam Saluni tę ładną bajkę, jak teraz bez żadnej omyłki, przeleciała mi pszczoła koło nosa; chciałam ją złapać, ale Salunia mnie ostrzegła, że pszczoła tem żądłem, którein szerszenia straszy, i ludzi dotkliwie kole. Nie łapałam więc już pszczoły, wolałam gonić za motylami, których było nmóstwo; a najwięcej białych, ale żadnego nie mogłam złapać: jak tylko przybiegłam do którego, on jeszcze prędzej uciekał. O tym pierwszym dniu mego pobytu na wsi, już niewiele pamiętam; wiem tylko, że przy obiedzie Babunia i wszyscy pili moje zdrowie, że na podwieczorek jadłam kwaśną śmietanę z razowym chlebem, i żem widziała pierwszy raz w życiu jak krowy doją. Kolacyi nie jadłam lego dnia, bo przy-<br>
{{tab}}szedłszy od krów usnęłam na kanapie, i zapewne wtenczas Hanka, służąca Babuni, musiała mnie wziąć, rozebrać i położyć.<br>
{{tab}}Gdym się obudziła nazajutrz, już było dosyę, późno, przyszła do mnie Salunia, pytałam jej się o Mamę; powiedziała mi, że Tata, Mama i bracia pojechali raniuteńko do Warszawy, a m ne z nią u Babuni zostawili, żebyśmy zdrowe były. Zaczęłam płakilś, ale Babunia nadeszła, po\siedziała mi, że Mama z Tatą będą często przyjeżdżać, darowała nu koszyczek i powiedziała, żem bym poszła z Salunią do ogrodu po kwiatki: poszłam, i jeszcze koszyczek nie był pełny, kiedy już zanomniałam o moim smutku; bo też wtenczas niezmi^jjf dzieAo było zoirmiw.<br>
{{tab}}Te k lka tygodni, które u Bafeiuni na wsi spędziłam, jeszcze mi dotąd są w pamięci. Mama z Tatą co sobotę przyjeżdżali, a raniutenko w poniedziałek wracali do Warszawy; dwa razy i braciszków z sobą przywieźli. Za każdym przyjazdem s-woim Tata mówił:<br>
{{tab}}— Niema jak wieś dla dzieci! Świeże powietrze lepsze od wszystkich lekarstw. Patrz zono, jak nasze dziewczątka teraz wyglądaja, jak różyczki!<br>
{{tab}}I dziękował Babuni, że nam tak dobrze u niej. O, praw da! było nam bardzo przyjemnie u Babuni, chociaż czasem nas połajala, ale rzadko kiedy, bo obie z Salu n. 4 starałyśmy się być bardzo grzeczne, robić pięknie robotę, i uczyć się dobire. Jak tylko Mama z Tatą przyjechali, prawie pierwsze słowa ich były: — A grzecznaiSjaluma i Joasia? Jeżeli Babunia odpowiedziała Grzeczne, bardzo grzeczne! to nas Tata z Mamą ściskali, całowali. Jakże tu nie było się starać być grzeczną? Baz tylko Babunia<br>
{{tab}}3* musiała odpov. iedziec: niegfłWBhe. I takeśmy płakały, tak nam lo było przykro, że pierwszy i ostatni raz Tata i Mama tak złą nowinę usłyszeli przyjechawszy.<br>
{{tab}}Babunią miała bardzo wiele kur, i nieraz flanka pozwoliła mnie i Saluni szukać jaj kurzych; bo kury choć rie bardzo zmyślne, bardzo są pożyteczne; prawie codzień jajka znoszą; nigdyby wszystkich wysiedzieć kurcząt nie mogły, i bardzo dobrze to Bóg urządził: bo z czegóż byłyby jajecznice, naleśniki, ciasta i inne dobre rzeczy, do których jaja koniecznie są potrzebne?<br>
{{tab}}Jakie też to bvło dla nas szczęście, kiedy w drwalni, igdzie najwięcej kury siadywały, na drzewie w w lórach która z nas znalazła jajko. Ja raz aż sietim Babuni w fartuszku przyniosłam. Babunia za to darowała mi kurę; nigdy dej nie zapomnę Była czarna z czerwonym grzebieniem, oczki miała jak paciorki, co drugi dzień, czasem codzień znosiła mi jajko; ale spotkało mnie nu szczęście! przylłukł ją stróż drzewem, i zdechła. Jakem też płakała’ W idz.łam, że w Warszawie, kiedy kto komu umarł, on kładł żałobę, ja też po śmierci mo|ej kury włożyłam czarną wstążeczkę; ale ponieważ kura to zwierzę, nie ma duszy, nosiłam ją tylko nft uchu, i to przez trzy dni.<br>
{{tab}}Nicrap chodziłyśmy z Babunią do piwnicy, tam.Miały dzieżki z mlekiem; Babunia zbierała z nich śmietanę dużą łyżką, a mnie i Saluni zawsze choć trochę dała skoszlowa™ Masło codzień Hanka robiła, a my codzień piłyśmy maślankę<br>
{{tab}}Niedługo też zaczęły dojrzewać truskawki, porzeczki w ogrodzie. Baby, d;iaity i dzieci ze wsi, zaczęły znosić poziomki; pamiętam, raz za starą wstążkę, jedna dziewczynka dała mi garnuszek jagód, właśnie to było w sobotę; Tata z Mamą mieli przyjechać: nie zjadłam ani jednej jagódki, ale dla nich schowałam.<br>
{{tab}}Pamiętam także tego dnia miałam i zmartwienie. Babunia kazała skosić trawę w ogrodzie, jaskry, ostróżki i wszystkie te kwiatki żółte, niebieskie, śliczne stokrotki padły pod kosą i powiędły. Ale za to Babunia nazajutrz pozwoliła nam przetrząsać skoszoną trawę: była leż to ostatnia nasza zabawa, bo już tego poniedziałku Tata z Mamą zabrali i mnie i Salunię z sobą. Żal mi było bardzo odjeżdżać od Babuni, od krów, od kur i mleka, alem się znowu cieszyła, że zobaczę braci i nowe pomieszkanie; bo Tata z Mamą wyprowadzili się przez ten czas z Piwnej ulicy, i najęli sobie domek z ogródkiem w Alejach. Ten ogródek nie był taki duży jak u Babimi, ale przecież i tam są drzewa, trawa i kwiatki. Jeździliśmy też dosyć często do Babuni, i jeździmy dotąd w lecie; w zimie Babunia do nas przyjeżdża, i teraz właśnie jest u nas, a ja lu przyjechałam; bo mi Tata już dawno mówił, że tu jest bardzo grzeczna panienka Józia, niewiele odeinnie starsza, i że jeżeli będę grzeczną, przywiezie mnie do niej: byłam grzeczna, i Tata mnie przywiózł.<br>
{{tab}}Chociaż w historyi Joasi nie było żadnego szczególnego wypadku, bardzo zabawiła wszystkich, nawet i Paulinę; sposób noszenia żałoby po kurze, rozśmieszył wszystkie panienki; ale przy śmiechu nie zapomniały jednak, że jedna z nich, Marynia, nie powiedziała jeszcze swojej historyi. Już i ciągnąć kartki nie było potrzeby, bo na nią kolej mówienia przypadała. Marynia jednak<br>
{{tab}}namyślała się	i dopiero za usilnemi prośbami trzech<br>
{{tab}}dziewczynek i Pauliny, tak mówiła.<br>
{{tab}}Historya Maryni.<br>
{{tab}}Powieść czwarta.<br>
{{tab}}Ja się nie spieszę z moją hisloryą, bo ja nie taka szczęśliwa jak wy, moje panienki: jednej z wis umarła jedna Mama, ale znalazła drugą; drugim nie umarła i mają; a fllnie umarła i nie mam. Ja nawet nic a nic mojej Mamy nie pamiętam, i dopiero rok minął jakem się dowiedziała, żft nie mieć Mamy jest wielkiem nieszczęściem. Mój Tata zawsze mieszkał i mieszka na wsi, ja go jeszcze nigdy na jeden dzień nie odstąpiłam, jak zapamiętać mogę. P erwsze miejsce, w którem Tatę i siebie pamiętam, jest grób Mamy. W naszej wsi jest kościół i koło niego duży cmentarz; na tym cmentarzu jeai piękny grób, osadzony wierzbami i topolami, a w nim kamień z takim napisem:<br>
{{tab}}Tu leży Elżbieta Kaniewska Zgasła w kwiecie wieku Zostan iła z*l nieutulony w sercu Męzci Przykład najlepszy jedynaczce Córce.<br>
{{tab}}Ten grób jest grobem Mamy, A, ten napis — pu rwsze słowa, które przeczytać gładko umiałam, bo tam codzień Tata, czarno ubrany, prowadził mnie, siadał na kamieniu, brał mnie na kolana, i laseczką wskazując złote głoski, uczył mnie: to T, to U, to L i lak dalej. Nie wiem doprawdy, jak długo chodziliśmy oboje na ten grób Mamy, ale to wiem, że bardzo lubiłam tam chodzić, i że nieraz nawet i sama poszłam; bo Tata nie mieszkał w pałacu, ale kazał sobie wystawić umyślnie mały domek niedaleko kościoła, i tam mieszkaliśmy. Nieraz słyszałam jak ksiądz proboszcz mówił Tacie:<br>
{{tab}}— Szkoda, że nikt w pałacu nie mieszka! Ale Tata odpowiadał:<br>
{{tab}}— Jak Marynia urośnie, tam mieszkać będzie: ja nie mogę!...<br>
{{tab}}I pałac stał pustkami; nikt w nim nie mieszkał a nasz domek i przez połowę nie był tak duży i piękny. Nie było w tym domku ani jednego próżnego pokoju, nikt też z gości nie bywał, a słyszałam nieraz od służących i od księdza proboszcza, że dawniej bardzo wiele ludzi bywało, póki Tata w pałacu mieszkał. Mówili także, że Tata dawniej lubił się bawić. Ale teraz nie chce wiedzieć o żadnych zabawach, tylko siedzi nad książkami i nad papierami, i chodzi ze mną na grób Mamy. Jednego wieczora, pamiętam, pierwszy raz przeczytałam cały ten napis, i Tata bardzo był kontent; nazajutrz więc raniuteńko wymknęłam się z mego pokoju, od Tekli, mojej piastunki, i poszłam na cmentarz. Siadłam na kamieniu, wzięłam kijek, i wskazując sobie słowo po słowie, czytałam głośno i wyraźnie cały napis; czytałam go kilka razy, żeby nie zapomnieć, bom nic a nic tych słów nie rozumiała, kiedy usłyszałam jakiś hałas za sobą. Myślałam, że to dziad idzie dzwonić na Mszę, albo że Tata po mnie przyszedł; obejrzałam się jednak i zobaczyłam jakiegoś nieznajomego mężczyznę. Zlękłam się trochę; a on mnie się spytał:<br>
{{tab}}Co tu robisz, moje dziecię?<br>
{{tab}}— Uczę się czytać na grobie Mamy! — odpowiedziałam mu.<br>
{{tab}}— O Boże! to więc prawda — zawołał, załamując ręce — to grób twojej Matki!<br>
{{tab}}To mówiąc tak zbladł i osłabł, że aż się o drzewo oprzeć musiał. Ja się niezmiernie przelękłam i zdziwiłam Dla mnie grób Mamy nic nie miał ani smutnego, ani okropnego; owszem, ja tam chodzić lubiłam. Tata tam najwięcej ze mną rozmawiał, czytać mnie uczył, takie mi śliczne rzeczy mówił o Bogu, o drugiem życiu, o duszy, o cnocie. O co tylko na grobie Mamy go prosiłam, czy dla siebie, czy dla kogo, nic mi nie odmówił. Zadziwił mnie więc niezmiernie przestrach tego pana, a widząc, że wciąż jest blady, pobiegłam do domu; zobaczyłam z daleka powóz czterokonny jadący do pałacu, i Tatę wychodzącego naprzeciw. Zaczęłam wołać:<br>
{{tab}}— Ta1o! Tato! jakiś pan zasłabł na grobie Mamy!<br>
{{tab}}Tata pobiegł ku mnie; wyszedł też i ten pan z cmentarza, i zaczęli się z Tatą ściskać i całować.<br>
{{tab}}— Bracie! kochany bracie! jakie nieszczęście!<br>
{{tab}}Takie tylko słowa słyszałam, a i Tata i ten pan<br>
{{tab}}bardzo płakali. Dowiedziałam się wnet, że to był brat Mamy, a mój wujaszek, o którym Tata nieraz z księdzem proboszczem wspominał. On był daleko za granicą i nie wiedział, że Mama umarła; słyszał coś o tem przyjechawszy do kraju, ale nie wierzył. Zajechał jak dawniej przed pałac, a tam nie zastawszy nikogo, zląkł się; kazał powozowi iść pomału, a sam szedł do księdza proboszcza: kiedy mnie spostrzegł na cmentarzu, zobaczył grób Mamy, i dopiero z pewnością przekonał się, że umarła. Dowiedziałam się wnet lego wszystkiego, a razem i tego, że śmierć Mamy była wielkicm nieszczęściem, i że dlatego tak wujaszek zbladł, i wraz z Tatą tak płakał.<br>
{{tab}}0, płakali długo! Tata opowiadał całą chorobę i śmieć Mamy, Tala tak mnie żałował, nazywał mnie nieszczęśliwą, biedną sierotką. Wujaszek i mnie i jego żałował; mówił, że bardzo Tacie smutno być musi tak żyć samemu. Tata mu odpowiedział, że już inaczej żyć nigdy nie myśli, że jego córka, Marynia, całą jest jego pociechą, i innej nie chce; i że kiedy tak Bóg zrządził, on już do śmierci żyć będzie w smutku.<br>
{{tab}}Ja tego wszystkiego słuchałam z niczmiernem zadziwieniem; i mogę powiedzieć, że od tej chwili coś dziwnego zaczęło się dziać ze mną. Już zaczynałam pojmować, że śmierć Mamy była wielkiem nieszczęściem, już nawet na jej grób bez smutku patrzeć nic mogłam, ale jeszcze nie pojmowałam wcale, dlaczego o lem nie wiedziałam dotąd? i jakim sposobem ja, mała dziewczyna, która nic nie umiała, mogłam być całą pociechą Taty. Wujaszek mi naprzywoził różnych zabawek i książek, był dla mnie niezmiernie dobry, bardzo mnie kochał, i ja go leż bardzo pokochałam; zdawało mi się, że go już znam dawno, umyśliłam sobie wypytać go o to wszystko, co mnie tak dziwiło? Jednego dnia, kiedy Tata zamknął się w swoim pokoju, zaprowadziłam go na grób Mamy i prosiłam, żeby mi to wszystko wylłómaczył. Wujaszek opowiedział mi takie słowa, których nigdy nie zapomnę:<br>
{{tab}}— Byłaś jeszcze bardzo małem dziecięciem, moja Maryniu — mówił — kiedy twoja Mama umarła, nie mogłaś więc czuć tej straty; nie mogłaś także poznać się na tem, że Tata dlatego smutny, boś przy jego smutku urosła; a z czem kto rośnie, tego nie widzi. Tak było ze smutkiem Taty, i ze śmiercią twojej Mamy, jak z napisem jej grobu; czytasz gładko słowa, ale nie rozumiesz co znaczą; w nich jednak wielka jest dla ciebie nauka: przekonam cię o tem, tylko słuchaj uważnie co ci powiem. Niema dla dziecka, osobliwie dla dziewczynki, większego nieszczęścia jak stracić Matkę; ty moja Maryniu, w tem przynajmniej szczęśliwą jesteś, że ci Bóg dobrego Ojca zostawił. Powinnaś więc tak go kochać, jak gdyby on był razem i Mamą i Tatą twoim. Póki Mama żyła, on miał żonę, którą kochał, która była jego pociechą; teraz jej nie ma, tylko ciebie jedną: ty jesteś całą jego pociechą, jak sam mówi; uważ więc sobie, jak dobrą powinnaś być dla niego: usługuj mu, nadskakuj, a broń Boże! w niczem nie martw; nie bądź upartą i niegrzeczną, ani próżniakiem i nieukiem, bo jakąż onby miał ze złej córki pociechę?<br>
{{tab}}Zrozumiałam zupełnie te słowa wujaszka: umyśliłam sobie słuchać ich we wszystkiem, i prosiłam go jeszcze, żeby mi napis grobu Mamy wylłómaczył; bo teraz już wszystko chciałam wiedzieć i rozumieć. Wujaszek i to zrobił, i pamiętałam zupełnie jak on raz czytał, drugi raz mówił:<br>
{{tab}}— Tu lezy Elżbieta Kaniewska. To znaczy: że tu leży ciało twojej Mamy; kiedy ona umarła, to jest: kiedy dusza opuściła ciało, tu jej ciało zamknięte, w drewnianej skrzyni złożyli; zostało tu w ziemi pod tym kamieniem, a dusza poszła daleko do Boga; tam zawsze żyć będzie, tani Tata twój i ty sarna, jeśli dobrą będziesz, zobaczysz ją kiedyś. Zgasła w kwiecie wieku; to jest: była młoda, świeża, jak te kwiatki w ogródku twoim rosną, kiedy podobało się Bogu zabrać ją od was. Zostawiła zal nieutulony w sercu Męża.to jest: zostawiła w sercu twego Taty smutek, klóry dopiero wtenczas się skończy, kiedy on sam umrze; a nakoniec, zostawiła przykład najlepszy jedynaczce córce. Te słowa najwięcej uważać powinnaś, mogą ci być na całe życie nauką. Mama twoja była łagodna, słodka, pobożna, miłosierna, pracowita, miała wszystkie cnoty potrzebne kobiecie; więc ty będąc jej córką jedynaczką, wszystkie te jej cnoty mieć powinnaś, i powtórzyć je za nią w sercu, jak za mną słowa tego napisu powtarzasz. Bo kiedy która córka miała, albo ma jeszcze dobrą Mamę, powinna koniecznie starać się być taką samą jak ona, i ani Bóg. ani ludzie jej nie kochają, jeżeli taką nie jest. Pytajże się więc często, moja Maryniu, Taty i mnie, póki tu jestem, jaką była twoja Mama? i staraj się iść za przykładem, który ci zostawiła, to jest być taką jak ona.<br>
{{tab}}Ucałowałam ręce wujaszka, płacząc serdecznie, gdy mi to wszystko powiadał. Niezmiernie się zadziwiłam, że tak wiele było rzeczy w tym krótkim napisie; że ja go dawniej nic nie rozumiałam, a teraz pojęłam tak wybornie. Wujaszek jeszcze długo u nas bawił i wiele ini mówił o Mamie; między temi książkami, które mi przywiózł, była jedna z abecadłem i z powieściami: wujaszek i Tata naprzemian uczyli mnie na niej czytać. Już prawie wszystkie głoski znałam z grobu Mamy, ale te w książeczce były takie maleńkie; jednak widząc jak Tatę cieszyło, kiedy ja się czego nauczyłam, tak się starałam, że nim wujaszek wyjechał, już nieźle na każdej książce czytałam. Po jego wyjezdzie Tata mnie zaczął uczyć pisać i rachować; Tekla mnie też już dawno pończoszkę robić i szyć uczyła. Właśnie tu jadąc Tata mi powiedział, że pojedzie do Lublina po jedną panią niemłodą, która przy nas bawić będzie, i nauczy mnie wielu rzeczy. Zawsze ze mną rozmawia: już wiem dosyć z Pisma Świętego i z historyi powszechnej; za każdym razem jak wujaszek przyjedzie, zawsze go z jaką nową robotą albo nauką przywitam. Trzy razy u nas był od tego czasu; już teraz nie on mnie, ale ja jemu napis grobu Mamy tłomaczę; i jak był ostatni raz, powiedział mi, że widzi, żem go zupełnie zrozumiała, i że go często odczytywać muszę; bo jak on mówi, zanosi się na to, że będę kiedyś zupełnie do Mamy podobną; ja też o tę łaskę codzień Boga proszę, i o tą drugą, żebym mogła być Taty pociechą.<br>
{{tab}}Tak skończyła historyę swoją Marynia; Józia, Joasia i Anielka ją uściskały, nawet Paulina, a dziewczynki powiedziały:<br>
{{tab}}— O! zapewne ty nie jesteś taka szczęśliwa, jak my, ale za to my cię najlepiej kochamy!<br>
{{tab}}— Ja poproszę twego Taty — dodała Józia — żebyś u nas została, jak on pojedzie do Lublina!<br>
{{tab}}—A jak będzie ciepło — zawołały drugie — będziemy prosić naszych Bodziców, żeby nas zawieźli do naszej wsi: pokażesz nam grób twojej Mamy, i przeczytamy z tobą ten piękny napis.<br>
{{tab}}— O dobrze! dobrze! — wołała Marynia, ściskając je wzajemnie.<br>
{{tab}}Po lej historyi zupełna poufałość nastąpiła między dziewczynkami. Zadawały sobie tysiączne zapylania, a najwięcej Maryni. Dali wieczerzę, dziewczątka siedząc przy okrągłym stoliczku, więcej rozmawiały niż jadły. Gdy dziesiąta godzina wybiła, z trudnością przyszło nakłonić je do spania. Nazajutrz i innych dni bawiły się wybornie; pan Kaniewski zostawił Marynię na dwa tygodnie u Rodziców Józi; pokochały się bardzo z Józią, a Paulina uszczęśliwiona była, że się tak udał jej pomysł. II. POWIEŚCI MORALNE. <br>
{{tab}} CZĘŚĆ DRUGA.<br>
{{tab}}POWIEŚCI MORALNE.<br>
{{tab}}—$—<br>
{{tab}}Wielkanoc.<br>
{{tab}}Święta Wielkanocne, tak ważne i uroczyste dla wszystkich chrześcijańskich narodów, zwiastując wiosnę, powszechnie wesoło są spędzane; ale nigdzie tyle nie wymagają przygotowali i więcej nie przynoszą radości jak w naszym kraju. Przy obchodzie świętej tajemnicy, gościnny Polak ma jeszcze rozkosz częstowania; w dzień Wielkanocny, najuboższy kmiotek zarówno z największym panem, ma czem przyjąć w domu swoim: każdy się gości spodziewa, każdy im rad gdy przyjdą, każda się krząta gospodyni, wszyscy się weselą.<br>
{{tab}}Lecz rzadko gdzie Wielkanoc tak suto obchodzoną bywa, jak niegdyś bywała w domu państwa Staropolskich, majętnych mieszkańców miasta Warszawy. Zachowując wiernie dawne zwyczaje, gnieżdżąc w duszy pradziadów cnoty, kontenci byli, kiedy mogli dogodzić sercu, suto uczęstować gości i uraczyć rodzinę i domowników. Dziesięcioro ich dziatek, w tym samym duchu KI. z T. Hofmanowa T VI.	4 chowano, tymże przejęte przykładem, równie były gościnne i ludzkie. Przekładały Wielkanoc nad wszystkie święta, bo Święcone zwabiało wiele gości; a rodzice chcąc ich uczyć zawczasu gościnnej uprzejmości, pozwalali im mieć także swój własny i osobny stolik. Założony bywał cały ciastami, mięsiwem; wszystko na nim było mniejsze i nie tak wykwintne, jak na rodzicielskim, ale przecież wszystko zdawało się dzieciom smaczniejsze, bo własne.<br>
{{tab}}Pani Staropolska, skrzętna i gospodarna, zawczasu potrzebne przygotowania na Święta robiła. Pragnąc, żeby i córki kiedyś, tak jak ona, wszystko w gospodarstwie zrobić potrafiły, kazała im przypatrywać się tej pracy i pomagać nawet, niekiedy. Nie trzeba było powtarzać dziewczynkom podobnych rozkazów; z radością odstępowały nauk i innych zatrudnień dla przygotowań Wielkanocnych. Jednak żeby nie traciły drogiego w młodości czasu, jak już cokolwiek wyrosły, co rok jedną tylko z córek przybierała Matka do pomocy, a drugim, w wolnych od nauk chwilach, przypatrywać się kazała.<br>
{{tab}}W roku. o którym tu mowa, kolej pomagania Matce przypadła na trzecią z rzędu: na imię jej było Teresia. Teresia dobra była, czuła, usłużna, dowcipna, pilna i porządna; nauczyciele byli z niej kontenci i Matka z ochotą przybrała ją za pomocnicę. Ale niestety! Teresia do tylu pięknych przymiotów jedną łączyła wadę: niesłychanie była łakomą. Ta wada z pierwszego rzutu oka nie zdaje się zbyt wielką, ji-dnak smutne miewa skutki, wielu przywarom początek daje, do wiele złego jest przyczyną, do wiele dobrego przeszkodą. Teresia nie mogła być tak dobroczynną jak jej rodzeństwo, bo wszystkie pieniądze jakie tylko kiedykolwiek dostała, na ciasteczka, jabłuszka, cukierki trwoniła. Tewsię nie tak kWhal bra<:ia, siostry’ i domowi, bo choć miała przysmaczek, tc^się nim z nimi me dzieliła. Twesia często była przyczyną, iż ludzi łajano. Jeżeli zostało co z obiadu, lub z wieczerzy, ona to zaraz wyszperała i zjadła w sekrecie, a Matka szafarza strofowała, że źle szafy zamyka. Teresia nawet nie była tak nabożną, jak cała jej rodzina, bo się nauczyła więcej bać ludz.. niż Boga. Skoro była sama. zdawało jej się, że jej ni“ t fcie widzi, a lubo jej Matka często powtarzała, że Bóg na nas ciągle patrzy, ona jednak czyniła w Jego świętej przytomności to, czegoby nie była zrobiła przed trzechletniem dziecięciem Łąiania rodziców, tysiączne nieprzyjemności, nic jej poprawić me mogłtf. Obiecywała ona często i sflbie i drugim odmianę, ale za najpierwszą sposobnością odzywał się zły nałóg. Rodzice ubolewali nad wadą tak szpetną i rodzącą w Te»si tyle przywar i błędów. Nareszcie wypadek następujący poprawił ją zupełnie.<br>
{{tab}}Koiej pomagania Matce w przygotowaniach Wielkanocnych przypadła więc na Teresię. Jak najpomyślniej wszystko się udało. Szynki dobrze uprawione uwędziły się wybornie; ciasto, którem najwięcej gospodyme domu pysznić się zwykły, nadspodziewaniewyrosło: słowem, kiedy w Wielką Sobotę wieczorem, zastawiono długi stół szynkami, kiełbasami, babami, plackami, jajami, różnenn pieczy wami i wędlinami; kiedy na wyniesieniu umyślnie na to sporządzonem, postawiono w środku na wielkim półmisku baranka z chorągiewką; kiedy obok togo stołu nakryta mniejszy i u#złożoHo na nim dziecinne Święcone, przystrójon^ba bukszpanem: widok był wspaniały, a radość powszechna. Pani Staropolska z upodobaniem spoglądała na swą pracę, dzieci wszystkie, założywszy w tył ręce, chodziły około stołów, a ślinkę połykając myślały z ukontentowaniem o dniu następującym.<br>
{{tab}}Państwo Staropolscy dochowując wiernie wszystkich przepisów religii, w Wielką Sobotę, o godzinie dziesiątej w wieczór, wraz z dziećmi i domowomi chodzili do pobliskiego katedralnego kościoła na Rezurekcyę. Zostawał tylko na dole stróż do pilnowania domu, a na górze ta z dziewczynek, która Matce do.Święconego pomagała. I tego więc wieczora poszli wszyscy do kościoła. Teresia zamknąwszy drzwi od schodów, została się sama. Od rana wielkiej doznawała przykrości. Widok tylu przysmaczkow, —łakotek, których tknąć nawet nie mogła, dręczył ją i czynił przymus dla niej nieznośny. Już go dłużej znieść nie potrafiła! Idąc więc za skłonnością swoją, bieży do sali, gdzie zastawione było Święcone. Chce drzwi otworzyć: zamknięte! Zdziwiona i strapiona domyśfa się, że to przezornej Matki troskliwość; wie dobrze, że tak wielkiego klucza wziąść z sobą nie mogła, idzie więc do jej stolika, szuka, przewraca i nareszcie znajduje klucz fatalny. Uradowana pospiesza napowrót do sali. Pierwszą jej myślą było napatrzeć się tak miłego dla niej widoku i gdzieniegdzie schwycić rodzynkę, migdałek lub konfiturkę, albo nieznacznie czego uskubnąć! Ale zamiast zaspokoić tem swoje łakomstwo, zaostrza go jeszcze. Im więcej kosztuje, temby więcej jeść chciała. Wziąć z dziecinnego stolika nie sposób, bracia jej i siostry odkryliby tę szkodę odrazu; nadkroić żadnego z paradnych ciast nie można, Matka spostrzegłaby bezwątpienia; ale przychodzi jej myśl, żeby podnieść jedną z największych bab i od spodu środek wykroić. — »Tego nikt nie zobaczy, pomyślała sobie. Jutro jak się goście zejdą, Mama przywoła mnie do częstowania i krajania; zacznę od tej baby, <br>
{{tab}}\<br>
{{tab}}rozkraję ją całą i nikt nie będzie wiedział«. Serce jednak bić jej’ mocno zaczęło, zadrżała jej ręka w chwili, kiedy noź wzięła; ale nie zważając na to, Wykroiła kawałek i zjadła. Zasmakowało jej wyborne ciasto natkane rodzynkami, migdałami i cykatą; zapomniała wyrzutów sumienia i wzięła się do drugiej baby, potem do trzeciej, nareszcie do czwartej, i póty jadła z chciwością i pospiechem, póki nie uczuła, kończąc czwarty kawałek, że ją nudzić zaczęło. Przestała więc na tem; a ledwie miała czas zmieść okruchy i poustawiać wszystko na swojem miejscu, kiedy usłyszała rumot w domu. Domyśliła się, że już wracają z Rezurekcyi. Strach ją ogarnął, zamknęła coprędzej drzwi, wrzuciła klucz do matki stolika, i poszła do bawialnego pokoju. Przechodząc ze świecą koło zwierciadła, rzuciła na nie okiem i postrzegła, że niezmiernie była bladą; przyszło jej w ten moment na myśl, że Matka pytać się jej będzie, co jej jest? co robiła podczas jej niebytności? Zimny dreszcz przeszedł przez wszystkie jej żyły, stanęło jej w oczach jej przewinienie i jeszcze się bardziej zmieniła. Już byłaby chętnie darowała całe Święcone, gdyby można było odmienić co się stało i cofnąć się wstecz o jedną godzinę; lecz zapóźno przyszła jej ta uwaga. Nie było już nawet czasu do rozmyślania nad tem co uczyniła, bo już rodzice stukali do drzwi; drżąc jak listek, poszła im otworzyć. Wszyscy witać ją zaczęli, winszując wesołego Alleluja; lecz Teresia z trudnością mówić mogła. Spostrzegła to natychmiast Matka i dopytywała, się troskliwie coby jej było? Teresia mogła jeszcze naprawić niejako błąd swój, przyznając się do winy. Źle zapewne podobną popełnić zdrożność i tak być łakomą; ale szczerość, otwartość, żal, największe przewinienia zagładzić mogą. Lecz Teresia nic miała tyle odwagi i zastanowienia. Wszyscy domowi, całe rodzeństwo, kilka nawet obcych osób zgromadzonych było! Fałszywy wstyd ją ogarnął, bała się wyjawić przed ludźmi przewinienia, o którein już Bóg wiedział, podwoiła je padłem kłamstwem!... Tak to jedna wina prowadzi do drugiej, i błąd z występkiem łączy!... Na zapytanie Matki, taką odpowiedź wynalazła nieszczęśliwa Teresia:<br>
{{tab}}— Znużona długiem czekaniem na państwo, usnęłam sobie; przebudziłam się nagle usłyszawszy hałas, zlękłam się i zapewne z tej przyczyny zbladłam.<br>
{{tab}}— Czy iylko Teresia czego nie zjadła? — rzekł Ojciec.<br>
{{tab}}— Nie, Tato — odpowiedziała słabym głosem.<br>
{{tab}}— No, kiedy tak, to obudź się zupełnie; przypatrz nam się: wszak my nie żadni źli ludzie, bać się nas nie powinnaś. Przynieś nam wódki, butelkę wina i spory kawał ciasta; wypijemy i zjemy sobie razem z naszymi przyjaciółmi i domowymi; a potem pójdziemy spać, żeby jutro wstać rano, pójść do kościoła, radować się, częstować z serca i jeść należycie.<br>
{{tab}}— Ale sala zamknięta — dodała cicho Teresia.<br>
{{tab}}— W moim sloliku jest klucz, pójdź po niego Tereniu —rzekła Matka.<br>
{{tab}}Teresia chciała iść. ale już nie mogła. Słabo jej się zrobiło i padła na stołek.<br>
{{tab}}Pani Staropolska kazała ją zaprowadzić do łóżka, a druga jej córka dopełniła rozkazów Ojca: przyniosła ciasta, wina; a wesoło i smacznie goście, dzieci i domowi najadłszy się i napiwszy, rozeszli się do spania.<br>
{{tab}}Pani Staropolska niespokojna o Teresię, udała się pierwiej do jej pokoju. Jakież było jej zdziwienie, gdy uchyliwszy drzwi zwolna, ujrzała ją klęczącą na łóżku i rzewnie płaczącą.<br>
{{tab}}— Cóż ci to? kochana Teresiu — rzekła do niej słodkim głosem — nie spisz jeszcze i płaczesz?<br>
{{tab}}— Ach Mamo! — odpowiedziała nieszczęśliwa dziewczyna, zasłaniając sobie oczy rękoma — nie wartam, żebyś tak do mnie mówiła!<br>
{{tab}}— Jakto? — przerwała zatrwożona Matka — czyś co złego popełniła?<br>
{{tab}}— Szkaradną winę: skłamałam!<br>
{{tab}}— Ty, Teresiu?<br>
{{tab}}— Ja: zakradłam się do sali, gdzie stoi Święcone, najadłam się ciasta, i dlalegom słaba.<br>
{{tab}}— Wstydź się! — zawołała pani Staropolska groźnym tonem; chciała mówić więcej, ale Teresia łkając rzuciła się jej do nóg.<br>
{{tab}}— Mamo! — krzyknęła, wyciągając do niej ręce — karz mnie jak chcesz, zadaj mi najprzykrzejsze pokuty; wyjaw moją winę przed wszystkimi, ale nie patrz na mnie tak surowo! Przyrzekam tu przed tobą i przed Rogiem, że już nigdy kłamać nie będę, że najmniejsze przewinienie zaraz odkryję, że się nigdy nie dam uwieść temu przebrzydłemu łakomstwu, ale przebacz mi!<br>
{{tab}}Tu strumień nowych łez przerwał mowę biednej Teresi.<br>
{{tab}}Matka chwiejąca się między wzgardą i politowaniem, podnieść się córce kazała.<br>
{{tab}}— Słuszny jest twój żal — rzekła do niej — rozrzewnia on mnie, ale wina twoja tak jesf wielka, taką boleścią przeszyła moje serce, że jej prędko zapomnieć nie potrafię!... Czyż nie wiesz, że nic w domu takiego nic mamy, czcilibyśmy się z wami nie dzielili? czyż nie wstydziłaś się wyszukiwać kluczów i w domu rodzicielskim zakradać się jak złodziej; a nadewszyslko zkąd wzięłaś tyle śmiałości, żeby się zhańbić tak podłem i wyszukanym kłamstwem? Czyż zapomniałaś, że Róg ciągle na nas patrzy? że czyta w głębi serc naszych, i że będąc sam prawdą przedwieczną, brzydzi się kłamliwymi?<br>
{{tab}}O, Mamo! słuszne są wszystkie twoje wymówki, już mi je sumienie podało. Już nawet upokorzyłam się przed Bogiem; zalałam się łzami przy wieczornym pacierzu, i słyszałam jakby głos jaki w sercu mojein mówił: niech ci Rodzice przebaczą, a i Bóg gniewać się na ciebie nie będzie: zlituj się więc nademną, przebacz mi! Wszystko uczynię, co tylko każesz, ale powiedz, że się nie gniewasz, że będziesz mię tak kochać jak dawniej!<br>
{{tab}}— W mocy jest twojej przebłagać gniew mój i odzyskać przywiązanie; uczyń mocne i stałe przedsięwzięcie poprawy, wezwij Wszechmocnego na pomoc, pracuj usilnie nad sobą, bądź od tej chwili wstrzemięźliwą i szczerą.<br>
{{tab}}— Będę nią niezawodnie. Ale Mamo! zaprowadź mnie do Taty, jeszcze on o niczem nie wie.<br>
{{tab}}Wszedł w tę chwilę pan Staropolski, zdziwiony długą nieobecnością żony, a równie dobry Ojciec jak tkliwy małżonek, uczuł przy wyznaniu Teresi to wszystko, czego doświadczyła Matka, i podobneż córce dał napomnienia i nauki. Uspokojona Teresia wyjawieniem swej winy, pełna najmocniejszych postanowień, z rozkazu rodziców, położyła się. Odeszli od niej, zostawiwszy służącą do jej pilnowania.<br>
{{tab}}Póki byli przy niej, póki dusza jej tak żywo była zajęta trwogą i żalem, nie czuła fizycznych cierpień; ale skoro spokojniejszą moralnie być zaczęła, doznała mo-<br>
{{tab}}Cnej boleści żołądka i przykrych nudności. Ta słabość nie dozwoliła jej spać nocy całej; nie szemrała jednak i nie narzekała, bo uważała ją za słuszną karę swego łakomstwa. Nazajutrz rano wstała smutna i mizerna, przywołany lekarz zapisał jej niesmaczne lekarstwo i wielką przykazał wstrzemięźliwość w jedzeniu. Całego Święconego w usta nie włożyła Teresia. Patrzyła tylko jak drudzy jedli, jak jej bracia i siostry, stojąc przy dziecinnym stoliku, częstowali przybyłych gości. Osłabiona smutkiem, boleściami i bezsennością, nie mogła nawet pomagać Matce do ciast rozdawania: musiała ją zastąpić starsza siostra. Spostrzegła jednak z wdzięcznością, że Matka sama rozkrajała najpierwej owe uszkodzone baby, i ta jej dobroć rozrzewniła ją do łez i utwierdziła w przedsięwzięciu poprawy. Nic ją już odtąd wtem chlubnem postanowieniu zachwiać nie zdołało; wstrzemięźliwość i miłość nienaruszoną prawdy dołączyła do wszystkich dawnych przymiotów, i wkrótce najmilszą się stała ze wszystkich córek państwa Staropolskich. Rodzice widząc tę pomyślną odmianę, podwoili dawne ku niej przywiązanie, po usilnej pracy pozyskała nakoniec ich, rodzeństwa i domowych miłość i zaufanie.<br>
{{tab}}Oby jej przykład mógł być zbawienną przestrogą dla dzieci mających skłonność do kłamstwa lub do łakomstwa. Oby się przekonać mogły, że nic niema szkodliwszego od wad i złych nałogów.<br>
{{tab}}Mały Tomek z Jabłonny.<br>
{{tab}}Już liście żółknąć i opadać poczynały, ptaki podróżne wybierały się do cieplejszych krajów; już pola ogołocone z kłosów kryły w sobie przyszłego roku nadzieje; deszcz zimny padał niekiedy, a jeśli trafił się jeszcze dzień pogodny i ciepły, za dobrodziejstwo natury był uważany. Każdy robił przygotowania na zimę, napełniał piwnice i spiżarnie, oblepiał, oblykał mieszkanie swoje, skupował i zwoził drzewo, żeby mu głód i mrozy nie dokuczyły. W jednej tylko chatce nie robiono tych przygotowań; położona była w bok Jabłonny, mieszkała w niej biedna wdowa z synkiem ośmioletnim.<br>
{{tab}}Małgorzata była chorą i ubogą, nie miała żadnego dobytku, żadnych nawet krewnych. Rodziła się w Kaliskiem; w młodym wieku straciła rodziców! Służąc w jednej wiosce, u uczciwego gospodarza, podobała się parobkowi z drugiej chaty i poszła za niego. Żyli z sobą szczęśliwie, pracowali oboje i dobrze im się wiodło. Urodził im się syn, i powiększył ich szczęście. Lecz później wstąpił do wojska, nie mogła Małgorzala wstrzymać go od tego: w sekrecie przed nią przystał do żołnierzy i już w ułańskim ubiorze stanął przed jej oczyma. Tak mu było do twarzy w kaszkiecie i w mundurze, tyle rozprawiał, jak to on w krótkim czasie zostanie kapralem, później furyerem, nareszcie oficerem, z jakimi orderami wróci. Małgorzacie, jako kobiecie, serce się roześmiało i na czas jakiś łzy ronić przestała. Ale pułk cały opuścił wkrótce okolice Kalisza i udał się do Warszawy.<br>
{{tab}}Małgorzata nie inogła rozdzielić się z mężem, poszła za nim z synem swoim Tomkiem. Niedługo on bawił w tem mieście, rozkazano mu iść wraz z innymi do Prus. Janek równie odważny jak każdy prawdziwy żołnierz, idąc zawsze śmiało naprzód, nie kryjąc się za drugimi, zyskał pochwałę starszych w kilku utarczkach; lecz pod Friedlandem kulą w piersi ugodzony, na miejscu ducha wyzionął.<br>
{{tab}}Małgorzata przez kilka miesięcy nie wiedziała o swojem nieszczęściu, została była w Warszawie. Z trudnością tyle zarobić mogła, żeby siebie i dziecko wyżywić. Codzień prawie chodziła do biura wojennego dowiadywać się, czy nie wiedzą czego o Janku Grywaczu? Długi czas mówili jej, że żadnej nie mają wiadomości; nareszcie dnia jednego powiedzieli jej, że zabitym został! Padła biedna Małgorzata bez zmysłów, skoro usłyszała te słowa, ledwo jej się docucić można było! Dobroczynne jakieś panie, zobaczywszy stan jej, kazały ją zanieść wraz z dzieckiem do szpitala: tam lubo w natłoku chorych, rannych i nieszczęśliwych wszelkiego rodznju, doznała wielkiego starania. Tomka umieszczono między sierotami na czas jej słabości i Małgorzata pomimo ciężkiej choroby, pomimo cięższej jeszcze rozpaczy, wyszła wkrótce z niebezpieczeństwa. W kilka tygodni wróciły jej się cokolwiek siły, ale zdawało się, że ze zdrowiem przybywało jej żalu. Wyszła ze szpitala, żeby drugim ustąpić miejsca, błogosławiąc miłosierne siostry, które się lak nią i synkiem opiekowały.<br>
{{tab}}Lubo tak nieszczęśliwa, Małgorzata ceniła życie; gdyby umarła, cóżby się z jej Tomkiem stało? Dla mego więc, więcej niż dla sieb:e, poszła szukać chleba. Jeszcze osłabiona pracować wiele nic inogła. Przed swoją chorobą poznała się była z żoną żołnierza z tego samego pułku, w Móiym był jej mąz; u niej znalazła przytułek, ale ta żołnierka sama biedna, żywić jej długo nie mogła. Małgorzata żyła w wielkiej nędzy i niedostatku, kiedy nareszcie pomyślnym trafem poznała się z kowalem z.Jabłonny. Dobry —fbn człowiek zlitował się nad nią i namówił, żeby z nim pojechała.<br>
{{tab}}— Na wsi w szyst.ko łatwiej niż w mieście — rzekł do niej — wvrobię wam w jakiej chacie pomieszkanie; będziecie siedzie# komorą: lubicie pracować, umiecie prząść, roboty i chleba wam nie zabraknie.<br>
{{tab}}Małgorzat usłuchała poczciwego kowala, wsiadła z nim i z Tomkiem na jego wózek, i niedługo stanęła w Jabłonnie. Była blisko te| wsi mała i nędzna chatka, ledwie ją v\ idać 1 >yln, tak już v.Mesła w ziemię; |cdne miała drzwi i jcAio okienko, komin niski z drzewa i z gliny, nie wyższy od słomianego dachu. Dawniej mieszkał tam —lary i’iden nędzarz, właśnie umarł przed kdkoma tygodniami, i.o jego mieszkanie za wstawieniem się kowala, do ekonoma, doslało się Małgorzacie. Może pałac najpyszniejszy tyle możnego nie ucieszy pana, ile ta nędzna chalka biedną uszczęśliwiła wdowę; wiedziała, że przynajmniej gdzie spocząć będzie miała, że mkl jej głowy nie zakłóci, a pozbawiona od lak dawna własnego przyIm ku i spokojności, ceniła je wysoko. Wszystko jej się wieść zaczęło, uspokoiła się cokolwiek po stracie męża; roboty miała dosyć, to w polu, to w domu. letnią porą żęła w ogrodach robiła, w zunie przędła. Tomek wyglądał jak pączek różany i prawdziwą jej był poc;chą. Trwała ta pomyślność lat kilka; już i Tomek nieraz parę groszy sobie zarobił. Zwinny, usłużny, kochany był w całej Jabłonnie. Często posyłano go tu i owdzie, dawano mu rozmaite małe roboty: on zawsze dobrze się sprawił. Ale jednego roku na wiosnę Małgorzata się rozchorowała. Chciał jej się zwić kołtun, baba jakaś lekarka przeszkodziła, obcięła jej włosy, i Małgorzatę takie suche bóle męczyć zaczęły, że leżeć kilka niedziel w łóżku przymuszoną była; a gdy wstała, lak miała pokurczone nogi, że z największą trudnością przejść przez izbę potrafiła. Nic już w polu ani w ogrodach robić nie mogła, przędła tylko: i lak jej całe lato zmarniało! Widziała z daleka jak w czerwcu szły kobiely grabić siano, jak później biegły śpiewając do żniwa, każda sobie coś zarobiła, każda była zdrowa, mogła chodzić: ona tylko jedna siedzieć na miejscu i stękać musiała! Ale Małgorzata była bogobojna, wiedziała, że trzeba się zgadzać z wolą Stwórcy i wszystko przyjąć z ręki Jego; znosiła więc cierpliwie lę nową przygodę i nie traciła nadziei!<br>
{{tab}}Tymczasem Tomek ośm lat skończył, a przywiązany niezmiernie do Matki, usługiwał jej, rozweselał, zarabiał ile mógłOn codzień rano zamiótł izbę, przyniósł w dzbanku wody ze studni, nazbierał wiór, rozpalił ogień, odnosił gospodyniom to co Matka uprzędła, starał się o len świeży; śpiewał jej różne pieśni i piosenki, a kiedy co od kogo dostał, z radością jej oddawał, —lak już mówiłam, wszyscy w Jabłonnie Tomka kochali, bo był usłużny i dobry’, a Tomek korzystając z tego, często parę groszy zarobił.<br>
{{tab}}W październiku łatwo się dają ptaszki w sidła łapać; Tomek wiedział o tein; w Jabłonnie byli tacy, klórzy małe ptaszki zabijali, skubali, czyścili, kładli na rożenki i tak na sprzedaż do Warszawy wozili. Tomek wystarał się o siatko, nauczył się jak ją zastawiać, nmyślij’ dostarczać ludziom tej zwierzyny, i wielką sobie intratę z tego polowania obiecywał. Matka swojem przędzeniem, on swojemi usługami tyle zarobili, że przez lato głodu nie doznali, ale na zimę żadnego nie mieli funduszu. Już się zbliżała; wszyscy o zapasie drzewa, zboża, jarzyn myśleli, a Małgorzata i grosza na to wszystko nie miała! W Tomku aż serce drgało z radości, kiedy sobie pomyślał, że za swoje ptaszki może choć furkę drzewa kupi.<br>
{{tab}}Wśród października zastawił więc wieczorem swoją siatkę. Nazajutrz, skoro zwyczajne usługi koło Matki zrobił, pobiegł do tego miejsca; w drodze napotkał panią Wojciechowa, żonę wójta.<br>
{{tab}}— Tomku! Tomku! — zawołała na niego — pójdź do mnie: mam dla ciebie robotę. Poukładasz mi pięknie jabłka na słomie, ale pierwej obetrzesz każde.<br>
{{tab}}Tomkowi pilno było do ptaszków, ale pani wójtowa była bardzo dobrą i bogatą, mógł od niej co dla Matki dostać, a to było Tomka najgorętsze żądanie; poszedł więc z nią, zrobił co mu kazała; zabawił więcej niż godzinę: dała mu krajankę sera i dwa duże czerwone jabłka. Tomek schował ser do jednej kieszeni, a że w drugiej wielkie były dziury, włożył jabłka za sukinankę. Świeżością i okrągłością wyrównywały jego policzkom. Podziękowawszy pani wójtowej, pobiegł co prędzej do ptaszków. Z daleka ujrzał koło sieci wielkie ich mnóstwo; zbliżył się pocichu, spuścił sieci, ale jeszcze niewprawny, niezręcznie to zrobił. Poleciały w górę przelęknione ptaszki, złapały się tylko dwie czeczotki i czyżyk. Uradowany jednak tym pierwszym połowem, Tomek odstawił sieć ostrożnie i wszystkich trzech dostał. Czeczotki włożył do kapelusza, a czyżyka wziął do ręki.<br>
{{tab}}— O, kochany mój ptaszku — mówił do niego, głaskając go i całując — jakie masz piękne żółte piórka! żebym był bogaty, zarazbym ci kupił klatkę i chowałbym u siebie, takbyś dużo jadł! Ale ja biedny, muszę cię sprzedać! Zabiją cię, oskubią, na rożenek wsadzą; ach! jak mi cię żal, mój biedny czyżyku!<br>
{{tab}}Tu Tomkowi łzy się zakręciły w oczach.<br>
{{tab}}— Żeby nie dla Matki, to jabym cię zaraz puścił; może i ty masz matkę? nie gniewaj się więc, że ja daleko bardziej kocham moją od ciebie!<br>
{{tab}}Tomek mówił to wszystko do swego czyżyka, wracając do domu drogą. Kiedy kończył ostatnie słowa, usłyszał za sobą stąpanie koni, i głos jakiś, który na niego wołał:<br>
{{tab}}— Chłopczyku 1 chłopczyku! co ty tam tak rozprawiasz?<br>
{{tab}}Tomek się zląkł, obejrzał się i wypuścił czyżyka! ptaszek w momencie jednym znikł z jego oczów, chłopiec chciał biedź za nim, kiedy obróciwszy się lepiej, spostrzegł pana prześlicznej urody, bogato ubranego na koniu, i za nim kilku innych, mniej wystrojonych. Tomek poznał zaraz, że to jakiś wielmożny, chciał się ukłonić, zdjął kapelusz: wyleciały i drugie dwa ptaszki! W najżywszej rozpaczy, nie zważając na przytomność tylu panów, rzewnie płakać i narzekać zaczął. Ten sam pan, który na niego wołał, zapytał go się przyjemnym głosem: dlaczego tych ptaszków tak żałuje?<br>
{{tab}}— Jak — odpowiedział Tomek łkając — nie mam żałować! kiedym za nie miał Matce furkę drzewa kupić.<br>
{{tab}}— To twoja Matka musi być bardzo biedną?<br>
{{tab}}— Zapewne że biedna, a do tego i chora; o moje ptaszki! moje ptaszki!<br>
{{tab}}— Żebyś ich tak bardzo nie żałował, to ja ci dani daleko więcej niżeli były warte.<br>
{{tab}}To mówiąc bogato przybrany pan, dobył dukata z kieszeni, i wsunął go w rękę Tomka.<br>
{{tab}}Tomek podskoczył z radości, skłonił się nisko, obtarł oczy i zawołał.<br>
{{tab}}— O, leraz zupełnie jestem szczęśliwy! i ptaszków nie obskubią i Matce pieniądz zaniosę!<br>
{{tab}}— Czy twoja Matka tu mieszka? — zapytał go się jeszcze pan.<br>
{{tab}}— Tu, niedaleko, zaraz w tej chatce w bok.<br>
{{tab}}— W tej lepiance, co to ją ledwo widać z ziemi?<br>
{{tab}}— W tej samej; o jak ona będzie szczęśliwa! jużbym rad jak najprędzej być u niej!<br>
{{tab}}— No, to idź i bywaj zdrów! może się jeszcze z sobą zobaczymy?<br>
{{tab}}— O, dobrze! — zawołał Tomek, kłaniając się kapeluszem.<br>
{{tab}}Wtem odjechał pan, i z nim wszyscy inni, a chłopiec ruszył co sił miał do domu.<br>
{{tab}}— Matko! Matko! —.zaczął na nią wołać jeszcze przed drzwiami — dziś mi się powiodło; dostałem od pani wójtowej sera i jabłek, a od jednego prześlicznego pana jakiś grosz żółty, jakiegom jeszcze nigdy nie widział.<br>
{{tab}}Małgorzata zadziwiła się niezmiernie, gdy zobaczyła dukata. Zaczęła się wypytywać o całą przygodę,.lak jej Tomek wszystko opowiedział, zawołała z radością:<br>
{{tab}}— Toś ty z samym księciem rozmawiał!<br>
{{tab}}— Z księciem! —— krzyknął Tomek — ach Boże! i któż to jest ten książę?<br>
{{tab}}Cała Jabłonna i wiele innych włości odpowirdziała Małgorzata — należy do zacnego, do kochanego pana; nazywa on się książę Józef Poniatowski. Jeszczem była dziewuchą, kiedym mż o jego dobroci, o jego cnotach słyszała; on chociaż jest poważany od samych nawet cesarzów, jednak mile rozmawia z najprostszym człowiekiem’<br>
{{tab}}— 0, prawda! — przerwał jej Tomek on do mnie tak mówił grzecznie, jak cza^m pan wójt nie zagada, a przecież on większy pan od pana wójta? A żebyś wiedziała, Matko, jaki śliczny’ oczy ciemne, twarz miła, a wąs jaki’ Czapkę miał trochę na bakier, i tak mu z tem pięknie było’ Ale żem ja go jeszcze dotąd nie widział?<br>
{{tab}}—On tu meszka — rzekła Małgorzata — czasem tylko przyjeżdża, i niedługo zabaw.wszy, wraca.<br>
{{tab}}Jeszcze rozmawiali, kiedy zapukał ktoś do chatki. Tomek pobiegł otworzyć, i zobaczył jednio z tych ichmościów, którzy z księciem jechali. Wszedł, zaczął clr: alić Małgorzacie syna, powiedział, że w rzeczy samej z #amvm księciem rozmawiał i bardzo mu się podobał, wypytywał się biednej kobiety o wszystkie szczegóły jej nieszczęścia. Małgorzata opowiadała mu wszystko śmiało i wysławiała dobroć księcia. Odszedł posłaniec, a wychodząc powiedział jej:<br>
{{tab}}— Ciesz —e się, poczciwa kobieto, skończy się wasza nędza, tem rychlej jeszcze, iż mąż wasz był żołnierzem.<br>
{{tab}}W istocie tego samego dnia dowiedziała się Małgorzata, że obok tej chatki, jeszcze przed zimą, postawią umyślnie dla niej inną nową: że książę kazał jej wyznaczyć kawał gruntu na ogród, krowę, sto złotych na<br>
{{tab}}KI z T. Hofmanowi T. VI.	5 zapomogę i na leki’ Stało się lak wszystko. Uszczęśliwiona Małgorzata, poradziwszy się biegłego lekarza, wkrótce wyzdrowiała. Jak drugi raz książę do Jabłonny przyjechał, już mogła pójść do pałacu z synem, paść mu do nóg, i podziękować za dobrodziejstwa. Zaczęła posyłać Tomka do szkoły; wpajała w niego te cnoty, których już tak szczęśliwe miał zarody; i dzień nie minął, żeby oboje gorąco nie prosili Boga, o życie i zdrowie dla swego dobroczyńcy!<br>
{{tab}}Listy Monisi ***<br>
{{tab}}do Przyjaciółki swojej Karoliny.<br>
{{tab}}UST PIERWSZY.<br>
{{tab}}Z Warszawy, 20 Lutego.<br>
{{tab}}Wyjechałaś, droga Karolino i to na same ostatki: wielka szkoda! tak nam dobrze było razem! tak mi się długim tydzień od twego wyjazdu wydawał! Już teraz nie będę się tak wybornie, jak przy tobie bawić! Nie dobra twoja Mama, że zawsze w lej Litwie ma inleresa. A właśnie jakby na złość, niezmiernie częste dziecinne bale. już były dwa w tym tygodniu. W ostatni wtorek będzie także u nas bal dziecinny, prawic cała Warszawa na niego zaproszona. Strój mi robią prześliczny, bo lo będzie bal kostiumowy; będę ubrana za dawną Polkę, Władzio za Polaka i Emilka jak Krakowianka. Mama jeździ codzień do kupców i różne zwozi towary.<br>
{{tab}}Jaka szkoda, że ciebie tu niema, miałybyśmy pewno jednakowe stroje... Tak mam temi balami głowę zajętą, że lekcye jeszcze gorzej niż zazwyczaj idą, a Ojcu znowu dzisiaj bardzo wiele książek przynieśli i mnie się niektóre dostały. Wiesz, że Ojciec chciałby koniecznie, żebym ja tyle umiała co on. Z jednych dzieł kazał mi treść wyciągnąć, z drugich wypisać niektóre wyjątki; nie wiem czy to potrafię i kiedy do tego czas znajdę? chyba koło Wielkanocy. Mam także nowych nut mnóstwu, których nie gram i dziesiątej części. Jednak zaczynam nabierać trochę więcej gustu do muzyki, od czasu jak<br>
{{tab}}panna D	 lekcye mi daje; ona tak pięknie gra sama, <br>
{{tab}}że zachęca, ale cóż kiedy to nie przychodzi bez wielkiej<br>
{{tab}}pracy, a ja do pracy nie stworzona. Panna 1)	mówi, <br>
{{tab}}że chcąc dobrze grać, trzeba się kilka godzin na dzień wprawiać: dziękuję za tę łaskę! Wreszcie cóż nam pannom po muzyce? gramy jedynie żeby 1eż grać i jak pójdę za mąż, będę zapraszać do siebie najsławniejszych artystów, będę ich słuchać; ale żebym miała sama się męczyć, tego potrzeby nie widzę. 1 z rysunkiem podobnież uczynię, bo i ten nic łatwo mi przychodzi! prawie zawsze metrowie wszystko za mnie robią: ja nie mam talentu i nic dziwnego! Bóg sprawiedliwy ubogim dał falenia, bogatym pieniądze. Jednak Mama życzy sobie koniecznie, żebym rysowała: mówi że to z czasem przyjdzie i dlatego prócz tych dwóch metrów, których miałam do miniatur i do drzew, jeszcze mi trzeciego do kwiatów przyjęła; to już ich będzie ogółem ośmiu: jeden do tańca, drugi do muzyki, trzeci do polskiego, czwarty do franenskiego, piąty do angielskiego języka, i trzech do rysunku. Wielkie szczęście, że nie wszyscy codzień przychodzą; bo nic wiem, jakbym sobie dała radę; często się<br>
{{tab}}5*<br>
{{tab}}leż zdarza, osobliwie w zapusty, że bilet wziąwszy odchudzą: nie sposób wszystkiemu wystarczyć.<br>
{{tab}}Jednak to moja Karolinko, wygodnie być bardzo bogatym; pamiętam, że jak u was był ten balik dziecinny, to i ty i siostry twoje i Mama byłyście niezmiernie zajęte; my zaś wcale nie. Już za Irzy dni ma być len wielki bal, Lylu rzeczy, tyle slrojów potrzeba: my o niczein nie wiemy. Tal a się* trochę kręci, sześć naszych kobiet szyje w garderobie; trudniejsze szczegóły robią u modniarek: marszałek i kamerdynerzy rozmaite rzeczy od kuprów znoszą. Mania gości przyjmuje, których zawsze mnóstwo bywa, a ja cały dzień z metrami, albo w salonie. Lecz nie pojmuję, dlaczego przy tem wszyslkieni Mama i Tata jniezmiernie są smutni, jeszcze bardziej jak przy was. Póki są goście to weseli, ale kiedy sami, to niech lióg zachowa; dzrś właśnie rano zastałam Mamę płaczącą, Tata chodził zamyślony po pokoju: chcąc ich rozerwać, pokazałam im śliczny szal tyftykowy, który jedna kobieta na sprzedaż przyniosła. Mama i patrzeć na niego nie chciała; Tata wyszedł i zamknął drzwi z trzaskiem; jednak po obiedzie przywołali kobietę, i Mama szal kupiła. Dali jej jakieś stare srebra brzydkie i pierścień brylantowy, okropny antyk. Mama powiada, że ten szal jak znaleziony taki tani; sześćdziesiąt dukatów rachowała go sobie ta kobieta, a ogromny, i prawie nowy. Często także, bardzo często, jacyś Iclnnoście i jakieś Imoście się schodzą; Tata kiedy tylko może zmyka co tchu przed niemi; a choć czasem jest w domu, każe mówić, że go niema. Jedna kobieta osobliw ie, codzień przychodzi: jak ją Tata zobaczy, zawsze zblednie, lak się zmiesza!... — Ach! żebyś wiedziała, jak Frani ładnie w krakowskim ubiorze? Emilce nie tak, bo śniada, i mnie dos\ć do twarzy w moim koł pączku; a co Władzio, to do zjedzenia w swoim polskim stroju: taki poważny, taki wspaniały! prawdziwie na wielkiego pana już wygląda. Nie zawstydzi naszego rodu. Nie każdy by dzieci swoje tak ubrać potralił!<br>
{{tab}}Marna wzięła za 30 dukatów samych korali u jubiłera, a co inne rzeczy kosztują? Ręczę, że nikt nie będzie tak suto jak my ubrany; nic dziwnego, bo też i bardzo mało będzie nam równych!... O szkoda! jeszcze raz szkoda! że ciebie tu niema! z tobą chętnie byłabym w parze; prawda, że masz majątek nie jednaki, ale urodzenie prawie takie samo, a wreszcie przyjaźń naszych Matek i nasza.. Bywaj zdrowa! przyszedł jak na złość ów metr od kwiatów; wielkąbym miała ochotę go odprawić i dać mu bilet, lecz pierwsza lekcya! wstydzę się. Bywaj więc zdrową, Kochana Karolino, pisuj do twojej Monisi.<br>
{{tab}}LIST DRUGI.<br>
{{tab}}Z Warszawy, 27 Lutego w Sobotę.<br>
{{tab}}Już tedy i po naszym balu. Sławny bal. Cała Warszaw a ma dotąd cuda o nim prawić. Że było suto i wspaniale to nie sekret; do białego dnia tańcowali; ale nasze stroje wcale nie były najbogatsze: znajdowały się na nim dzieci daleko kosztowniej ubrane, i jeszcze jakie dzieci! A przed balem co się działo, to strach! Wystaw sobie, że nasz kucharz upił się, i nie wiem co porobił, ale całą kolacyę popsuł, najkosztowniejsze rzeczy, wszystko zmarnował. Tata musiał co tchu drugą kolacyę u Szowota obstalować, ledwie się podjął, i to za niezmierne pieniądze. Pożyczyli kilka zwierciadeł od kupców, dla większej salonów ozdoby, i chłopiec kredensowy, zawicszając stłukł największe. Kamerdyner Ta1y powiadał, że to na siedemdziesiąt dukatów szkoda. Bardzo rzecz piękna dawać bale, nawet koniecznie wypada takim panom jak my, ale ci się przyznam, moja Karolino, że to kłopot wielki. Biedna Mama tak się tym kucharzem, tem zwierciadłem zgryzła, a potem przystrajaniem stołów tak się umęczyła, że aż zesłabła; leżała całe poobiedzie, i dopiero wstała na dwie godziny przed balem. I co szczególnego! jeszcze nigdy tylu Ichmościów nie było jak w ten dzień! Tata który zawsze taki dobry, jednego z nich ze schodów zepchnąć kazał; musiał też to być warjat, bo historye wygadał na nas, że bale wydajemy. A jemu co do tego?.... Jak się goście zaczęli zjeżdżać, wszystko się uspokoiło i już było dobrze. Po Mamie nie znać było słabości, ani kłopotów, taka była ładna i uprzejma. Słyszałam mówiących, iż nikt jaszcze tej zimy takiego nie dał balu. Dzieci narachowałam do dwudziestu, starszych osób nie równie więcej; ja też tylko i Władzio cośmy trochę tańcowali. Emilka i Frania szczególnie raz mazurka poszły; bo się nie można było dzieciom przed słusznemi pannami, a osobliwie przed mężatkami do koła docisnąć. — Przynajmniej żeśmy mieli wyborny podwieczorek: ananasy, winogrona, wszelkie owoce, cukry, ciastka, lody; Frania się tak najadła, że jeszcze na żołądek słaba. Co kolacyi, to żadne z nas nie doczekało, a miał Szowot pysznie wystąpić; jak się tylko inne dzieci rozjechały, natychmiast Frania i Emilka spać poszły; ja, jako najstarsza, chciałam zostać z Władziem do końca, ale nie mogąc tańcować, usnęliśmy szczęśliw ie na stołkach... kecz o czem zapominam.... Ach! żebyś wiedziała jaką ja miałam parę! Wystaw sobie, że na tym balu, obok najpierwszych w kraju osób, obok całej elegancyi, były cztery figury, których nikt nie znał. Ojciec, Matka, i dwoje dzieci, dziewczyna i chłopiec. One lo były z nami w parze, i nierównie kosztowniej od nas ubrane. Pomimo tych wszystkich świecidełek i klejnotów, wszystko czworo okropnie wyglądali, bez żadnego tonu, bez żadnej edukacyi; każdy się o nich pytał i dziwiono się bardzo dowiedziawszy się o ich nazwisku. Tata zaś i Mama niesłychanie byli dla nich grzeczni; mnie i Władziowi kazali się zaprzyjaźnić z ich dziećmi, a nieznośne dzieci o samych pieniądzach gadały. Przyznam ci się, że mi bardzo było przykro, w takiej być parze. Już to prawdę mówiąc, jakiś nieszczęśliwy był ten bal; nietylko Frania, ale i Mama od niego słaba, a Tata okropnie zmizerniał. Mnie samej nadzwyczajnie smutno; może dlatego, że post, a najpewniej dlatego, że ciebie tu nie ma. — A kiedyż wrócicie ’? moja Karolino, donieś mi. Tęskno mi bardzo bez ciebie; nie mam nawet z kim otwarcie pomówić; Mama zawsze zatrudniona albo słaba; Władzio rad nie rad siedzi nad naukami. Frania i Kmilka jeszcze małe; wracajże prędko Karolino, do szczerze kochającej cię<br>
{{tab}}Monisi.<br>
{{tab}}LIST TRZECI.<br>
{{tab}}Z Warszawy, 13 Kwietnia we Wtorek.<br>
{{tab}}Już sześć tygodni nie pisałam do ciebie, droga Karolino, bom była bardzo chora. Wszyscyśmy mieli odrę; ja zaczęłam, najmocniej i najdłużej chorowałam: dotąd nawel biorę lekarstwa, kaszlę jeszcze, oczy mnie bolą i niezmierniem osłabiona. Kochana Mama! co też z nami miała biedy! ale panom to i o zdrowie łatwiej jak innym ludziom; dwóch doktorów codzień u nas po dwa razy bywało, trzymali nas jak w piecu, a cośmy lekarstw wyżyli, to nie do pojęcia: musieliśmy koniecznie ozdrowieć. Bardzo mi smutno post zszedł. Dopiero onegdaj w pierwsze święto Wielkanocne wyszłam do salonu; paradne było u nas święcone; mnóstwo ludzi! lecz cóz? kiedy były i owe nieszczęsne figury; a tak duszno, żem mocniejszego kaszlu dostała, i teraz Bóg wie, kiedy wyjadę na powietrze i w kościele będę. Dopiero to w słabości prawdziwie uczułam, jak źle, że ciebie tu niema! okropniem się nudziła; a żebyś wiedziała jakie dziwne i smutne słyszałam rzeczy? Kobiety nasze pilnując mnie, historye między sobą gadały. Myślały pewno, że ja śpię, a ja dobrze wszystko słyszałam. Mówiły że iny jesteśmy prawie ubodzy; że nic nie mamy prócz długów po uszy: że jak Tata z Marną dłużej tak wspaniale żyć będą, to wyjdziemy na gałganów. Poczciwa nasza bona aż płakała przy tej rozmowie. Niezmierniem się tom zmartwiła, alem o nic się ich nie wypytywała, bo wiesz że Mama zabrania wdawać się ze sługami; ułożyłam sobie, iż skoro wyzdrowieję, zaraz Mamy się zapylam? ale nie przyszło do tego; i wreszcie muszą to być bajki. Wszystko tak jest u nas, jak było dawniej: tyle służących, tyle koni, takie obiady, takie wieczory; metrowie już rozpoczęli lekcye, Mama się zawsze tak pięknie ubiera, Tata książki i obrazy skupuje.<br>
{{tab}}Bajki więc kobiety kleciły: ale to pewna, że Mama i Tata coraz smutniejsi: zapewne z jakiej innej przyczyny, bo gdzieżby to być mogło, żebyśmy kiedy bogatymi być przestali. Żegnam cię, luba Karolinko, kończyć muszę; ćmi mi się w oczach: bywaj zdrowa. Dziękuję ci za twoje listy, były moją pociechą w słabości.<br>
{{tab}}UST CZWARTY.<br>
{{tab}}Z** 15 Maja w Sobotę.<br>
{{tab}}Znowu miesiąc upłynął, a jam do ciebie nie pisała. Nic nie wiesz, że od dwóch tygodni jesteśmy u siebte na wsi. Tak my dzieci osłabione byłyśmy po tej odrze, ja szczególniej, że się doktorowie suchót obawiać zaczęli, i kazali wyjechać ze mną na świeże powietrze. Mama natychmiast przywiozła nas tutaj; z samych doktorów namowy, zaprzestałam wszelkich lekarstw, chodzę tylko wiele; rano wstaję, piję mleko, znacznie do sił przychodzę, już nawet tyć zaczynam. Bardzo nam tu wesoło, chociaż na wsi, bo czas śliczny, i gości mnóstwo. Wiesz że nasza wieś niebardzo od Warszawy daleko, zjeżdżają się więc codziennie; i nawet ci Ichmoscie przed którymi Ojciec radby uciec, tu do niego trafiają; ale mało co w domu siedzi. Nie wiem jak się to stało, żem do ciebie przez te dwa tygodnie nie pisała, bo na okazyach do Warszawy nie zbywa; codzień marszałek wysyła furę po kuchenne potrzeby, po pietruszki, szparagi, sałaty i t. p. rzeczy, bo tu nic niema. Ogrodnik Francuz nie dba o te drobiazgi. Ale za to bardzo ładnie: ogród angielski niezmiernie się rozkrzewił; nie poznałabyś klombów, takie gęste; teraz prawdziwy gaik w tem miejscu gdzie nasza kanapka prawie jeszcze cała i litery na drzewach znać dobrze. Szkoda tylko, że kanały które Ojciec kopać kazał, zarosły, a wiatr altankę chińską wywrócił, i ten most napowietrzny zerwał. Tu jakieś okropne muszą bywać wiatry, bo i stodoły, i obory, i chałupy się walą.<br>
{{tab}}Oranżerya śliczna, tysiące jest najrzadszych roślin i kwiatów. Do końca Czerwca tu zabawimy. Cieszę się niezmiernie; czas piękny, tak zielono: już bzy kwitną. Żadnych nie mam lekcyj, bo mi doktorowie odpocząć kazali; czytam tylko te książki, które mi Ojciec dał jeszcze w zapusty, i trochę więcej roboty robię; jednak ten1 kobicrczyk jeszcze nie skończony; przyznam ci się, że nie lubię bawić się igłą: zdaje mi się zaraz żem sługa. Władzio także mniej się uczy, i bardzo z tego kontent; wiesz, że on nie chce przykładać się do niczego; mówi zawsze i słusznie: »Będę panem, będę bogatym, obejdę się bez nauki.« Bądź zdrowa, kochana Karolino. Kiedy też i tutaj te nieznośne figury trafiły, przyjechały; Mama mnie wołać każe, żebym się z ich dziećmi bawić przyszła. Muszę iść i ciebie porzucić.<br>
{{tab}}LIST PIĄTY.<br>
{{tab}}20 Czerwca w Niedzielę.<br>
{{tab}}Już też teraz nie własną, ale twoją winą nie pisałam tak długo do ciebie; może mnie już nic nie kochasz: jeszcze po odrze żadnego listu od ciebie nie odebrałam, a już trzeci piszę. To wcale nie pięknie. Za pokutę słów tylko kilka odemnie odbierzesz. My za trzy dni wracamy do Warszawy z całym taborem; zbliża się ten nieszczęśliwy św. Jan, klóry co rok wszystkich tylu kłopotów nabawia. Jakem dziś Mamie wspomniała, że już ten dzień blizki, tak zbladła, żem się aż przelękła. Ojciec od czterech dni w Warszawie, przez czas cały pobytu naszego na wsi, mało w domu gościł, jeździł ciągle, jak słyszałam po pieniądze. Obiecałam że mój list krótki będzie: dotrzymuję obietnicy, bo doprawdy że się gniewam. LIST SZÓSTY.<br>
{{tab}}Z Warszawy, 25 Czerwca w Piątek.<br>
{{tab}}Ach! moja Karolino! co się też wczoraj u nas działo! nie wiem doprawdy jak ci to opisać potrafię? Przyjechałyśmy tu około południa; okropny był nasz przyjazd. stanęliśmy przed naszym pałacem. Ojciec blady i pomieszany wyszedł naprzeciwko nas: > Toś się zniinęła z moim posłańcom? biedna żono! powiedział do Mamy, wysadzając ją z karety, próżne są wszystkie moje zabiegi!< Dopiero wszedłszy do domu zrozumiałam, co ie słowa Ojca znaczyły. Ach! cóżeśm\ tam zobaczyli!.. Wystaw sobie te ogromne salony i pokoje tak pięknie umeblowane, zupełnie ogołocone i puste: dwa łóżka, stoliki drewniane i stół kuchenny, to w sypialnym pokoju stało. [Owe kanapy, bióra, szafy mahoniowe, te bronzy, kolumny, alabastry, marmury, wszystko znikło; zwierciadła, obrazy, draperye pozdejmowane, same ćwieki i dziury w murze pozostawały. Moje nawet rzeczy, ów ładny stoliczek, owa szafeczka od twojej Mamy. nic tego nie ma!.. Mama zobaczywszy te straszne pustki, oprzeć się aż o ścianę musiała, bo byłaby padła; my dzieci pytałyśmy się wszystkie: Cóż się to znaczy?« — »Nie były te rzeczy nasze, odpowiedział nam Tata z okropnym uśmiechem, ci, do których należały, odebrali jako swoje!« Jakto?« zawołałam zdziwiona. Tak! tak! odebrali jako swoje! nic naturalniejszego!« 1 to mówiąc rozśmiał się jeszcze okropniej, i spojrzał na nas takiemi obląkanemi oczyma, żeśmy się wszyscy zlękli. I Władzio i Franio i Emilka przytulili się do łóżek, poszłam i ja za niemi, a widząc że Mama płacze, i my płakali! Tata chodził szybkim krokiem po pokoju, i sam do siebie jakieś niewyraźne mówił słowa; to było okropnie, ale wnet inna seena nastąpiła. Zaczęli się schodzić Bóg wie nie jacy Ichmościowie: kupcy; modniarki, metrowie, rzemieślnicy, przekupki i inni; jedni prosili, drudzy wołali, żeby im Tal a oddał ich pieniądze; byli i tacy, którzy nawet okropnie klęli, aż dreszcz przechodził słuchając,.ledna kobieta mnie niezmiernie rozczuliła (ta sama o której ci raz pisałam); przyszła do tego miejsca gdziem stała, zaczęła mnie całować w nogi, i wówić: * niech się panienka za inną wstawi, llok temu pożyczyłam Wielmożnym państwu krwawo zebrano sześć tysięcy złotych; pan dał mi słowo i zapewnienie na piśmie, że na zawołanie moje odda mi tę sumę. Już od pół roku prawie codzień tu chodzę, i błagam go; jeżeli mi w trzech dniach nie odda, zginę! bo dworek z ogrodem trzymam na Gęsiej ulicy w arędzic. jak się nie wypłacę, wypędzi mnie właściciel, i z ośmiorgiem dzieci osiądę na bruku. Płakała niezmiernie to mówiąc; i mnie tak serce ścisnęło, żem wyjść z pokoju musiała. We drzwiach spotkałam się z naszą szafarką: już wytrzymać nie mogąc, spytałam się jej: Co się to znaczy? Kto tak wszystko pozabierał? Co to za ludzie?»— Wierzyciele, odpowiedziała mi spokojnie, zwyczajnie jak na św. Jan, to prawie tak co rok bywa: czy panna nic pamięta? tą razą trochę gorzej, ale to nic nie szkodzi. Pan dostanie zkąd pieniędzy, odda im; nakupi mebli, obrazów, i będzie wszystko dobrze!» I’ucieszyły mnie te jej słow a, i zeszłam na dół do ogródka. Prawdę mówi szafarka, pomyślałam sobie; jak pamiętam, zawsze ten św. Jan okropny: ludzie różni się schodzą, chcą pieniędzy; Tata się gniewa, Mama płacze, przez czas jakiś nietyle sobie i nam sprawiają, nietyle rzeczy skupują, mniej bywa gości, ale potem wszystko wraca do dawnego porządku, i do samego Czerwca ani wzmianki o św. Janie. Pewno to samo i w tym roku będzie. Kiedym się tak pocieszyła, Władzio, Frania i Emilka przyszli do ogródka; z początku byliśmy smutni, ale ogródek taki ładny, tyle róż i innych kwiatów, żeśmy się rozweselili. Nabiegawszy się, wróciliśmy do pokoju. Już nie było nikogo z obcych. Tata nic miał obłąkanych oczów, Mama nie płakała, owszem jakiś wyraz szczególnej radości jaśniał na jej twarzy. »O! już pewno mają pieniądze!« szepnęłam do Władzia. Tata nam dał znak żebyśmy wyszli, i długo jeszcze z Mamą rozmawiał. Przyszedł potem pan T** ten prawnik; którego tak szacuje, naznosili mnóstwo papierów, pisaii, radzili.<br>
{{tab}}Mama wyszła do nas i powiedziała: że pojutrze raniutcńko pojedziemy do Krakowa. Nie wiem wcale po co tam pojedziemy? ale wiem że się cieszę, bo wszelkie podróże bardzo lubię; a wreszcie ani sposobu tu mieszkać, póki Tata nie wymebluje domu na nowo: teraz niema na czem siedzieć, i ja ten list piszę do ciebie na kuchennym sLole. Tak cebula śmierdzi, że ledwie wytrzymać mogę.. Ale, ale przepraszam, żem się gniewała na ciebie, kochana Karolino: zaległy wasze listy na poczcie, dwa razem oddała mi Mama. Już cię nigdy posądzać nie będę, i skoro staniemy w Krakowie, donieść ci o lem nieomieszkam.<br>
{{tab}}LIST SIÓDMY.<br>
{{tab}}Z Krakowa, 1 Sierpnia we Czwartek.<br>
{{tab}}Miesiąc minął, a jam do ciebie nie pisała; bo nie wiem doprawdy jak i pisać, nie mam tyle śmiałości nie wiem wreszcie, czy zechcesz jeszcze żyć ze mną w przyjaźni?... Ach! moja Karolino! jakżem nieszczęśliwa; cały nasz dom shańbiony, spodlony! Oj! nie bajki, ale szczerą prawdę kobiety nasze mówiły, kiedy ja chorowałam na odrę: tak w samej rzeczy... O Bóże! jakże ja te słowa napisać potrafię?... tak, wyszliśmy na gałgany. Wystaw sobie, że już nic nie mamy, to jest tylko tyle, że nie żebrzemy po ulicach. Tego jedynie brakuje... ()jciec z Mamą zrzekli się wszystkiego dla panów wierzycieli, wsie, pałace, srebra, klejnoty przedah, wszystkich ludzi odprawili. Stoimy tu w Krakowie na przedmieściu, w maleńkim dworku jak szewcy; mamy jednę służącą, jednego lokaja i kucharkę: aż mi się źle robi... Ekwipaża żadnego! i już tak zawsze będzie, j u żeśmy bez nadziei!... Gzy uwierzysz? Mama sama spiżarnią trzyma, sama się z kucharką rachuje, mnie każe się czasem wyręczać, do piwnicy chodzić, i inne równie podłe czynić usługi; oddała mi bieliznę Frani i Emilki., mnie? i ja muszę ją rachować, naprawiać, pończochy cerować! Doprawdy żebym sto razy umrzeć wolała. My, których rachowali między pierwszych panów Polski, ja której zawsze słudzy i metrowie mówili, że będę miała przynajmniej milion posagu, i pójdę za jakiego księcia, ja, mam chodzić do piwnicy, pończochy cerować? To zniewaga, to hańba, to nieszczęście! Żebym przynajmniej wiedziała dlaczego się to stało? kiedy przez tyle lat byliśmy bogaci, jakżeż się tak odrazu wszystko urwać mogło? wszak nas nikt nie okradł? pogorzeli nie było. A co mnie więcej jeszcze zastanawia? Mama nierównie teraz zdrowsza i weselsza, tak rano wstaje, i tak pracuje i nic jej nie szkodzi. Czasem snmienie mnie trochę gryzie, że jej niechętnie pomagam; ale gdy ją widzę swobodną, krzątającą się około gospodarstwa, jak gdyby do niego stworzoną była, żałuję tylko że i ja tak obojętnej nie mam duszy!... Frania i Emilka także nic tej okropnej zmiany nie czują, prawda, że jedna ma sześć, druga siedm lat, a ja prawie tyle co one obiedwie razem. Jeden Władzio, który zupełnie moje uczucia dzieli i rozumie; skoro się zejdziemy i jesteśmy sami, płaczemy gorzko. Władziowi najwięcej o to idzie, że ród od tak dawna w Polsce świetny, plamimy zupełnie; on powiada, i słusznie mówi, że gdyby powstali nasi dziadowie z grobu, a obaczyli naszą zniewagę, umarliby drugi raz ze wstydu. Ctekawam bardzo, jak Tata tę hańbę znosi; Tata, który nam zawsze tyle o sławie naszych poprzedników mówił! Jeszcze go tu nie ma! jeszcze w Warszawie te śliczne interesa układa. Dopiero za parę tygodni się obiecuje. Nie ma do czego się spieszyć. Żebym sto lat żyła, nigdy nie pojmę jak można było dobrowolnie z bogactwa przyjść do ubóstwa, z takich honorów do takiej zniewagi? W co my się teraz obrócimy? ja w głowę zachodzę; jak tu patrzeć na ludzi, na panów? Czy był kto odemnie nieszczęśliwszy? Ach Boże! dobry Boże! złituj się! a ty Karolino nie ponardzaj mną, tak jak ja sobą pogardzam. Nie wiem czybym twoję pogardę zniosła, choć widzę, że zniotę wszystko, kiedy źwć mogę w lakiem upodleniu.<br>
{{tab}}LIST ÓSMY.<br>
{{tab}}Z Krakowa, i Sierpnia w Niedzielę.<br>
{{tab}}Żebyś wiedziała, co się z twoją Monisią zrobiło? ale nie będę o niczem mówić przed czasem; wolę wszystko porządkiem opisać, powiem ci tylko:<br>
{{tab}}» Ciesz się! już nie żyję w upodleniu!* Ach! moja jedyna! jakich ja mam rodziców! jaka ta Mama dobra! a jak ja i Władzio byliśmy nierozsądni! ale zapominam o obiecanym porządku, przystępuję do niego.<br>
{{tab}}Trzeba ci najprzód wiedzieć. źe Mama dawniej w Warszawie i na wsi, tak była zawsze zajęta, że nie miała czasu czytywać listów, które ja do ciebie plsyw ałam.<br>
{{tab}}Kiedy pieczętowała swój list do twojej Mamy, ja mój przynosiłam, i kładła go w kopertę nie czytając. Ale w Krakowie wszystko inaczej się dzieje. Mama na wszystko ma czas, sama zatrudnień moich dogląda, sama lekcye mi daje, a kiedym jej trzy dni temu list mój do ciebie przyniosła, otworzyła go i do czytania się zabrała. Pojmiesz łatwo co się ze mną działo, gdym to zobaczyła. Uciekłam do drugiego pokoju, a zasłoniwszy sobie oczy, siadłam w kąciku, drżąc cała jak listek. Wkrótce Mama mnie zawołała; ledwiem znalazła siłę do wstania, poszłam jak na śmierć; Mama kazała przyjść i Władziowi, zamknęła drzwi na klucz, i mówiła do nas te słowa:<br>
{{tab}}»Dzieci moje! oddawna widzę z boleścią jak nierozsądnie stan nasz obecny znosicie: wasze skargi i narzekania już nieraz obiły się o moje uszy, i serce ciężko zraniły; jeonak nie sądziłam nigdy, aby wasz nierozsądek do tego posuwał się stopnia, jak się z listu Monisi dowiaduję. Pochlebiam sobie, że młodość i niewiadomość wasza, jedzną jest tego zaślepienia przyczyną, i dlatego serce mojo przed wami otworzę, postępek Oj aa waszego usprawiedliwię. — Chcielibyście wiedzieć dlaczegośmy z bogactwa do ubóstwa dobrowolnie przyszli? powiem wam. Dawne nasze bogactwo było mniemane i niesłuszne*. — Jakże to byćmoże?« krzyknęliśmy oboje z Władziem. I0 Tak jest! odpowiedziała poważnie Mama, przekonacie się o łcj prawdzie; [(osłuchajcie tylko całej naszej historyi.<br>
{{tab}}Jam się urodziła z bardzo majętnych napozór rodziców; jedynaczką będąc, odebrałam wychowanie książęce, i wzrosłam w mniemaniu, że wielką będę panią.<br>
0	{{tab}}takowe zdarzenie w Polsce nietrndno; znalazłam więc męża będącego zupełnie w podobnych okolicznościach, <br>
1	{{tab}}skorośmy się pobrali, zaczęliśmy szumieć. Przepychowi ekwipażów, liberyi, pokojów, stołu naszego, wszyscy się dziwili, a my mniemaliśmy, że lak nam żyć koniecznie wypada. Lecz gdy po śmierci rodziców odziedziczyliśmy cały majątek, okazał się obciążony długami, a przeto nasz sposób życia przenoszący dochody. Wypadało wtenczas spuścić z pańskiego tonu. stosować wydatki do przychodów; ale tę sztukę rzadko kto zna w Polsce, i my jej nie znali...<br>
{{tab}}Ulegając narodowej słabości, wiedliśmy dalej równie szumne życie, nie przewidując jego skutków. Nie ubył ani jeden służący z przedpokoju, ani jeden koń ze stajni, nie odprawiliśmy Francuza kucharza, ciągle bywały u nas bale, uczty; utrzymywał się zbytek niesłychany w ubiorze moim, w edukacyi waszej, w całym obchodzie domowym. — Patrzyłyście na niego, dzieci moje; lecz żadne z was go nie widziało, nie domyślałyście się, ile ten zbytek pieniędzy, ile łez kosztował! Nie pojmuję dotąd, jakeśmy mogli żyć tak długo w takowpm położeniu? jakeśmy mogli spoczynkiem, swobodą, a nawet honorem mniemane bogactwo opłacać; bo wkrótce przyszło do tego, iż z pożyczonych pieniędzy, albo na kredyt większą częśc roku żyliśmy; a przy największych zbytkach, czasem w domu na obiad nie było. Trwało to lal kilka, długów coraz przybywało; każdy święty Jan nabawiał<br>
{{tab}}KIz T. llofmanowa. T. VI.	C nas niepojętej trwogi, ka/dy co rok był okropniejszy, a skoro minął, z szczególną ślepotą, zapominaliśmy o następnjącym. Lecz nareszcie tegoroczny prSfeszedł wszystkie; już nas bowiem ogłoszono za bankrutów, i ktokolwiek miał co u nas, gwałtem chciał odebrać. W ten dzień pamiętny, w którym weszłam do ogołoconego przez wierzycieli domu, nasłuchawszy się ich skarg, przekleflstw i obelg, kiedym sama z Ojcem waszym została, kiedy nte odpowiadał na pytania moje, a z wielkiej rozpaczy od rozumu odchodzić się zdawał, rzuciłam mu sio do nóg i zawołałam: »Jestże jeszcze jaka ofiara, któraby nas mogła wyrwać z tej toni? mów! wszystko uczynić jestem gotov\a!« >C.zy doprawdy? rzekł zdziwiony podnosząc mnie«. — »Widzę cię w rozpaczy, widzę cię blizkim szaleństwa, odpowiedziałam z boleścią jakżewątpić możesz?* Na te słowa obłąkane oczy Ojca waszego błysnęły radością i powiedział »Tak! jest ofiara, któraby nas wyprowadziła z tej niedoli; jam dotąd najwięcej dla ciebie nie miał odwagi jej uczynienia, lecz jeśli ty mi dopomożesz, znajdę dostateczną siłę. Jeszcze teraz jest czas na nią, za rok juz byłoby zapóźno!« — Mów, cóż mam czynić? wołałam na mego; jakaż to ofiara. » Większa, nierównie od ofiary życia, powiedział; jesteśmy zn.. uczeni długi nasze zrów nały się prawie z ogromnym megdyś majątkiem, trzeba więc w oczach całego kraju przyznać się do naszego ubóstwa, trzeba się pozbyć tych pałaców, tych wsi, któi. od kilkuset lat do rodn naszego należą!« — »A będziesz-że wtedy wesół i swobodny?« spytałam się. »Będę, odpowiedział, gdyż ten jest sposób jjdyny ocalenia mego honoru; a wiesz co droższego prawdziwemu Polakowi: honor czy majątek? Jeśli teraz tego sposobu nie użyjemy, wkrótce moje imię okryję hańbą, stracę na zawsze dobrą sławę i spokój ność sumienia, i zapewne nie przeżyję tego ciosu.. — »Geyń więc, co tylko zechcesz, mówiłam, ja na wszystko z radością przystanę. Ja najwinniejsza moim zbytkiem, mojemi strojami, a nadewszyslko niedbalstwem, nie wglądaniem w domowe sprawy: zginął nasz majątek; godnam kary: żądam jej nawet!“ — Obojeśmy winni! rzekł wasz Ojciec z dobrocią, a inęztwo które dziś okazujesz gładzi twoją winę... Ale biedne dzieci nasze! dodał kryjąc łzy dobywające mu się z oczów. Zapłakałam gorzko na to wspomnienie, i słowa odpowiedzi wyrzec nie mogłam!* > Byłby sposób, mówił dalej, ocalenia dla nich części jednej majątku, możnaby okazać w sądzie jakie szczególne dla nich, rodziców naszych zapisy; lecz wstręt czuję do takowego postępku: byłby on z krzywdą naszego honoru i sumienia*. — »Ach! to nie dopuszczaj się go! krzyknęłam odzyskując mowę; niech nasze dzieci nic nie mają, ale niechaj na nich zemsty nieba nikt nie wyzywa; nic im nie zostawmy — lecz niech się pamięci rodziców nie wstydzą!«—Uściskał mnie wasz Ojciec gdym te słowa wyrzekła, i odtąd niezmienne uczyniliśmy postanowienie. Zacny i biegły prawnik, przyjaciel nasz prawdziwy, przywołany został; on wskazał najlepsze sposoby do spełnienia jego. Mogę śmiało powiedzieć, że pierwsza na wszelkie nastawałam ofiary, bo żadnej nie upatruję zasługi. Możeż być trudną jaka ofiara dla żony, kiedy idzie o ocalenie honoru jej męża?... Po ścisłem przejrzeniu długów naszych, okazało się. że wypłaciwszy je rzetelnie i uczciwie, zaledwie nam kilka tysięcy złotych rocznej intraty pozostanie. Żadne z nas lem się nie ulękło; mało ludzi i tyle ma swego! Obraliśmy Kraków na siedlisko, jako miejsce gdzie swo-<br>
{{tab}}C* bodnie, przyjemnitM małym kosztem żyć można. Zamieni iśmy dobrowolnie bogaciwo nasze w ubóstwo, i wymagała tego sprawiedliwość—sama. Bo jakież mieliśmy prawo cudze łrv IIIJĆ dobro?<br>
{{tab}}Ten majątek ja/ nie był naszym, był on wierzycieli, którzy dobytek swój w nasze w rod/ieów ręce, w dobrej wierze złożyli. Wy tę zmianę, ten postępek równie słuszny jak konieczny, zniewagą, hańba uicszczęźcicm zou le<sie! a wiecież wy, dzieci moje, co to jc;t prawdziwie zniewagą, hańbą, nieszczęściemJ Oto kiedy wasz Ojciec bogatym będąc w oczach waszych i w oczach świata, pożyczył od kogo p.eniędzy, dał «łnwo honoru, że odda na dzień naznaczony, i zawód uczynił to było zniewagą. Kiedy na zaspokojenie potrzeb domowych, i tego zbytku, do któregośmy nawykli, na ogromne procenta brał pieniądze, oszustów zachęcał, kiedy pierwszego lichwiarza w dom swój przyjmował. pochlebiał mu, wam się z je^ó dziećmi zaprzyjaźniać kazał, to trzeba było zwać hańba.<br>
{{tab}}A kiedy schodzili się wierzyciele, kiedy który z nich j.ik wlenczasla udowa, ze łzami się domagali własnych pieniędzy; kiedy nasz nierząd poczciwy ch ludzi w nędzę pogrążał, kiedy rzemieślnik klął, że mu zatrzymujemy nagrodę krwawej jego pracy, na nas i na dzieci nasze gniewu wzywał Boga: to było nieszczęściem. Lecz dziś, kiedy sumienie, honor waszego Ojca zupełnie Śą czysty kiedy zachow.ił dobrą sławę u ludzi, kiedy niczyjej łaski n B potrzebujemy, kiedy nikt nam nie złorzeczy: w prawdziwej chwale, w szazęściu żj cniy! (idyby nawet powstali pradziadowie na^i, nie bój się Y\rładz;u, nie pomailiby drugi raz zi wstydu; wiedzą oni, że nie ubóstwo ale niecnota rod/iny upadła i hanbi. Miliony liizył ten lichwiarz, a czemuż Monisiu wstręt miałaś z córką jego być w parze? Honor nieskażony to zaszczyt prawdziwy!<br>
{{tab}}7. takim zapałem wyrzekła Mama to słowa, iż ten zapał d<> serc nas obojga przeszedł, /dawało mi się, żem dotąd ślepą była, lak mi się nagle otworzyły oczy! pojęłam w jednej chwili i potrzebę i wielkość ofiary rodziców naszych, i tak byłam npokorzona, żem zaledwie nogi Mamy całować śmiała. »0 Mamo! wołałam wraz z Władziem, daruj, przebacz! nie gardź dziećmi, które tak niegodne rodziców swoich się okazały«... Więcej nie mogliśmy mówić, bo nam łzy mowę przerwały. Podniosła nas Mama, uściskała serdecznie i powiedziała: —» Nie pogardzam wami, moje dzieci, wszak i ja zbłądziłam!:., a. wreszcie w iem, że przyjdzie czas, w którym więcej się chlubić będziecie z tego czynu Ojca waszego, jak gdyby wam miliony zostawił.* — »0 Mamo! zawołałam, już len czas przyszedł, jużem się przekonała że nierównie więcej znaczy cnota od bogactwa!* —»Wiem także mów iła jeszcze Mama, że będziecie, nam słodzić zubożenie nasze, że cnoty wasze i zalety jeszcze uzacnią piękne imię, które nosicie. Nie jest to żadną sztuką po rodzicach odziedziczyć majątek i godności, ale dojść do nich uczciwą pracą i cnolliwem życiem, to jest chlubą, to prawclziwem do dobrej sławy prawem. Tego się po lobie mój Władziu spodziewam. — Dotąd przeszkodą ci było w naukach wrzekonanie że bogatym będziesz, i przejąłeś się tem fałszywem zdaniem; że wielki pan niczego nie potrzebuje’ pamiętaj iż teraz wszystko samemu sobie w inien być musisz; pamiętaj i pracuj: ćwicz się w cnotach i w nauce. Ty zaś, córko moja, dodała obracając się ku ninie( w kładaj się w zalrudirenia właściwe płci twojej; staraj się być rządną, pracowitą, pielęgnuj i rozwijaj te drobne zawiązki nauki i talentów, które z takim kosztem nabyłaś, a nia^wątplę, że jakiekolwiek Bóg ci przeznaczenie gotuje, będziesz zawsEe rodziców pociechą«. To powiedziau szy uściskała nas Mama raz jeszcze i długo z nami rozmawiała o tem jak sobie teraz postępować mamy.<br>
{{tab}}Od taj chw i, droga Karolino, zupełnie inną jest-em; miałabym ci jeszcze z godzinę co pisać o tej mojej odmianię; ale j ń i tak list ogromny: kończę go. Chciałabym żebyś się dowiedziała jik najprędzej o szczęściu mojem, chciałabym żeby ten list uprzedził odpowiedź twoje na mój ostatni, który Mama na poczlę posłała, bo mnie pewny za niego łajać będziesz. Ale łaj. 1o nic nie me szkodzi: <Qzuję jakem winną była.<br>
{{tab}}LIST L/l KWIATY Z Krakowa, 14 Sierpnia w Sobotę. Odebrałam w ten moi no ni list twój, kochana Karojno, przyjeżdżacie tu, przyjeżdżacie umyślnie dla nas. Ach’ jakie io szczęście’ jaka dobroć’ a jak ją cenić umniny. Będziesz więc naocznym świadkiem swobody naszej, zupełnego przeistoczenia się twojej Monisi, w sercu jej nawet znajdziesz odmianę, bo teraz nierównie więcej i ciebie i wszystkich koi ha. Żebyś wiedziała z jaką pilnością ja się teraz uczę, jak żałeię chwil straconych. Ach! jakże ciemną byłam’<br>
{{tab}}Ale kiedy masz przvjechuć, nie będę ci napróżno opisywać tego co się u nas dzieję: powiem t\lko, że wierzyciele w rozmaite korzystne wchodzą układy i że pan T*** ma nadzieję, że daleko znaczniejszą część majątku naszego ocali, niżeli się z razu spodziewał. Ojciec tak zdrów i wesół jak nigdy nie był. Mama opowiedziała mu wszystko; już ze mną nie jak z dzieckiem się obchodzi; obiecał, że ile mu czasu od domowych zatrudnień zostanie, tyle będzie ze mną czytywał różn piękne dzieła, bo bibliotekę prawie całą zachował, Bywaj zdrowa! jak to miło napisać te słowa: Do rychłego zobaczenia.<br>
{{tab}}ZAKOŃCZENIE.<br>
(contracted; show full)
{{tab}} ’) Prred elekcyą, Jędizej Olszowski biskup chełmiński wydal był księgę, w której po rozstrząśniemu przymiolow ogłoszonych kandydatów, dowodź ł tego, iż najprzyzwoitsza rzecz byłaby Polaka obrać; w szczególności zas Księcia Michała Wiśniow eckiego wychwalał (Albcrłrandi k. 240,.<br>
{{tab}}