Difference between revisions 2592253 and 2592537 on plwikisourcemu wszystko; już ze mną nie jak z dzieckiem się obchodzi; obiecał, że ile mu czasu od domowych zatrudnień zostanie, tyle będzie ze mną czytywał różn piękne dzieła, bo bibliotekę prawie całą zachował, Bywaj zdrowa! jak to miło napisać te słowa: Do rychłego zobaczenia.<br> {{tab}}ZAKOŃCZENIE.<br> {{tab}}W tydzień po odebraniu tego listu, przyjechała Karolina z Matką do Krakowa: ledwie ]x>znała Monisię. Zajęta robotą, gospodarstwem, małemi siostrami, kilka tylko godzin naukom i talentom poświęcić może; przez to samo więcej smaku w nich znajduje, a zatem znaczne postępy czyni: pracuje sama, pracuje szczerze, i więcej korzysta, jak kiedy ośmiu metrów miała. Uleczona zupełnie z dawnych uprzedzeń, okazuje zalety i cnoty, których nikt w niej nie zgadywał, póki się bogatą mieniła, Władzio po odbytem nieźle egzaminie, już zaczął chodzić do szkół, i z takim zapałem się uczy, że zapewne na przyszły rok wielu bogatych paniczów prześcignie. Frania i Emilka zupełnie szczęśliwe, bo mają ogródek, krowę, gołębie kurczęta; pozbawione cukrów, korzennych potraw i pieszczot babskich, nierównie są zdrowsze i grzeczniej sze. Rodzice ich z łatwością nadspodziewauą do mierności przywykli, i ta zmiana tak znaczna ich bytu, w połowie nie jest im tak przykrą, jak się obawiali. Obiad przez prostą kucharkę sporządzony, nie jest wprawdzie w\kwintny, ale swoboda umysłu dodaje im apetytu: a wiemy z dawna, że to kucharz najlepszy. Sprzęty w pokojach stojące nie są paradne ale miłe: bo wiedzą że komornik nie przyjdzie ich zabierać; z jedną służącą i z jednym lokajem nie jest tak paradnie jak wtenczas kiedy sześć kobiet uwijało się w gardęrobie, marszałek stał za stołem, dwóch kamerdynerów roznffiło półmiski, i czterech lokajów drzemało w przedpokoju; ale daleko w domu spokojniej i ciszej, i ów jeden loka] regularnie, płacony i nie spuszczając się na drugich, lepiej prawie usługuje, od tamtych sześciu nu płatnych próżniaków. — Kolały ich z początku nogi chodząc po Krak o u skini bruku: ałe już uznali. Jfe przechadzka daleko musi by|, od przejażdżki zdrowsJsł bo nigdy obojgu za czasów największej ich świetności, tak zdrowienie służyło jak teraz. Nie dąjąr uczt i balów, nie miewają wielu gości; ale za to sami życzliwi, sami zacni ludzie ich odwiedzają, i dla każdego są w domu, przed nikun uciekać nie mają potrzeby. Szacrmek zaS zyskali sobie powszechny, wszyscy emą ich ofiarę, i przy kilku tysiącach dochodu, daleko więcej są poważani, lepszą mają u ludzi sławę, jak kiedy krocife corocznie trwonili.<br> {{tab}}Paweł Kocz mara. Niech nikt nie mówi, że fr kmiecym stanie niema wyższych uczuć, żywego przywiązania; niech nikt nie utrzymuje że wszyscy włościanie panów swoich, jak 1yranow nad sobą uważają a najlepsze.obejście z niemi obudzą w nich tylko hardość i niewdzięczność. Inaczc częstokroć się dzieje — ale już przyjęty został między ludźmi ten dziwny obyczaj, iż więcej o złych Izynach, niźli o cnotliwych mówimy. I dobrze, snadź, nie przeważył jeszcze występek na ziemi, kiodj więcej podziwienia sprawia i wrażenia czyni: snadź pospolitszą od niego jest cnota, kiedy mało kogo zastanawia....<br> {{tab}}W jednej z najmilszych wiosek województwa lubelskiego mieszka dziedzic, pełen dobroci i rozsądku; on włościan swoich jest razem Ojcem i Panem; nie psuje ich zbyteczną łagodnścią i pobłażaniem (z których to zwykle hardość i niewdzięczność kmiotków wynika), ale utrzymuje ich w przyzwoitej karności, wzbudza w nich szacunek dla siebie, i przywiązanie, rzetelnym sprawiedliwości wymiarem; bo ten jest sposób jedyny, ale bardzo trudny, utrzymania w właściwym obrębie i pozyskania serc i starszych i dzieci i prostaków i oświeceńszych. Ten dziedzic kilka lal temu, mocno zachorował; przywołany lekarz oświadczył, że choroba jego bardzo niebezpieczna, i gwałtowny tylko ratunek i wielkie starania wyratować go od śmierci mogą; osiadł więc już przy łóżku chorego, a uważając pilnie na postęp choroby, stosownie do niego zmieniał lekarstwa, moc ich podwajał, a w jak najlepszem ich sporządzeniu i najrychlejszem dostarczaniu, całą nadzieję uleczenia zakładał.<br> {{tab}}7 Lublina, jako z miejsca gdzie dobre są apteki, umyślono wszystkie przywozić lekarstwa; a ponieważ Lublin o cztery mile od tej wioski odległy, dzień i noc w dwóch karczmach przy drodze, czekały stójki, czyli chłopi na koniach; jeden drugiemu podawał przepis lekarza, albo już zrobione lekarstwo: i tak prędzej dochodziły miejsca swego przeznaczenia i ratunek był spieszniej szy. Właśnie w dniu trzecim choroby, kiedy walczyła dzielnie śmierć z życiem, kiedy sam lekarz wątpił, czy nie ona zwycięży, i całą swą sztukę na ostatni jakiś zaradczy środek wysilił, przepis jego dostał się do rąk kmiotka Pawła Koczmary, na którego kolej stójki na len dzień przypadała. Paweł Koczmara był jednym z ubższyeh owej wioski gospodarzy, ojciec sześciorga drobnych dzieci; całym prawie majątkiem jego był koń, którego kupił źrebakiem, a który wyrósł na bardzo pięknego rumaka. Strzegł go też jak oka w głowie, i kochał niemal jakby siódme dziecię; już mu za niego pan sąsiedniej wioski dawał 30 dukatów, a on chciał równo sześćset złotych, żeby mieć po setku dla każdgo z dziatek. Zadziwił się nic jeden, gdy paweł Koczmara na tym koniu na stójkę wyjechał, ale każdy dobre serce jego pochwalił; on zaś z rąk samej “pani przepis odebrawszy z zaleceniem najprędszego sprawienia się, przy kilkakrotnem tych słów powtórzeniu: życie pana od pośpiechu zalezy — pędem wiatru ruszył. Dojeżdża wnet do karczmy, gdzie pierwsza stójka czekała, i patrzy na swego rumak: »Jeszcze wcale niespieniony, powiedział sam w sobie; zdrowo mu będzie, niech się do drugiej przegoni«. 1 ruszył nie zatrzymując się wcale. Przyjeżdża na drugą, stawa u karczemnej stajni, przygląda się troskliwie czekającemu koniowi; nędny mu się wydaje: »Coś wasza klacz, panie kumie nie tęgo patrzy, a życie pańskie od pośpiechu zależy«. — »Cóż ja temu winien, odpowie tamlcn, że nic mam tęgiego rumaka. Ale przecież i moja nie taka znowu lichota; da Pan Bóg, w godzinę, to i do Lublina zal)ieży«. — W godzinę! powtórzy Koczmara, ja na moim gniadoszu byłbym tu za godzinę.... Ej! wy sapał się trocha, panie kumie.... napaście tu dobrze waszą klaczkę, a ja jeszcze do Lublina ruszę«. I ścisnął rumaka kolanami i ruszył. Ledwie dobijała godzina, kiedy gospodarz dosypujący sieczki klaczy swojej, usłyszał z deleka prędkie stąpanie konia »To mi zuch!<br> {{tab}}krzyknął, już wraca!» a odprowadzając klacz od żłobu, wsiadł na nią co tchu, i wyjechał naprzeciw Koczmary.<br> {{tab}}»Panu Bogu dzięki, wołał tamten z daleka, aptekarz duchem zrobił lekarstwa, mam wszystkie; jedźcież z niemi co żywo, bracie; ale czy mi się zdaje, klacz wasza coś utyka*. »Ponoć, prawda, odpowie tamten, a to kiego wyrwała licha, dodał z gniewem zsiadając. Tam do kata, podkowę zgubiła! czy złe nadało? Ale tu jest kowal, w chwilce temu zaradzi«. »A życie pańskie od pośpiechu zależy! powtórzył poczciwy Koczmara; ja tej przewłoki nie ścierpię. Jeszcze mój rumak bokami nie robi —— niech rusza*. 1 ruszył. — Niedaleko będąc ostatniej stójki, tak mówi sam w sobie: Już jeno półtorej milki do doma, a koń każdy do swego żłobu ochoczo wraca! Mnie się tam we dworze spodziewają, tylem już drogi ujechał, a oni o tem i wiedzieć nie będą, — ciekawym też przyiem okrutnie, jak się tam nasze panisko miewa?....* a nie myśląc więcej, minął stójkę, i ruszył raz jeszcze. Kiedy już zobaczył z daleka dwór murowany, i wystawił sobie konającego pana, klasnął na konia już nieco zwolniałym idącego krokiem, pogłaskał go, przemówił do niego; ścisnął tęgo kolanami i koń jakby nwym zagrzany ogniem, ruszył. W jednej chwili stanął na podwórcu; ale zaledwie stnnął. zaledwie zdziwiona tak pręcikiem przybyciem jego pani, z radością lekarstwo odebrawszy, pobiegła do męża pokoju, dzielny rumak padł, a okrutnie bokami kilka minut porobiwszy, szyję wyciągnął, oczy zamknął i żyć przestał.... Wyrazy żalu i litości zbiegłych domowych, wnet słyszeć się dały; Paweł Koczmara stał sam w milczeniu nad swoim koniem bez życia, ale nareszcie za.wołał: »Jużci dobry i sprawiedliwy pan wart więcej, jak nieme, choćby najurodziwsze bydlę.... Jeśli Bogu się tak spodobało i mimo mój pośpiech pan zamrze, to przy onej większej stracie, ta małą mi się wyda, a jeśli zaś Bóg dobry da, że mu te leki życie i zdrowie przywrócą, bierz tam licho i drugiego takiego konia, gdybym go jeno miał....< Z takiem sercem przywiezione lekarstwo, jakże pomódz nie miało?.... Pomogło...., sprawiło więcej pożądany, niźti spodziewany skutek. Wnet życie śmieć zwalczyło — w krótkim czasie dziedzic do zdrowia powracać zaczął. Do łez go rozrzewnił postępek Pawła Koczmary; kazał go przywołać do siebie, dziękował mu jako zbawcy swemu; chciał mu darować sześćset złotych, ale poczciwy kmiotek podziękował, mówiąc: »Niech mi Wielmożny Pan tej krzywdy nie robi. co z serca wyszło, norek nie zapłaci«. Lecz właśnie jarmark w Łęczny nadchodził już zupenie zdrów dziedzic pojechał do tego miasteczka, a z największem staraniem dobrawszy takiego samego dla Koczmary rumaka, sam mu go do chaty odprowadził. —— Cieszył się odzyskanym koniem przyu iązany rolnik, ale może więcej jeszcze go cieszyła czerstwa twarz pana, nadobny uśmiech dziękującej mu pani, i wesołe koło Ojca rumianych paniątek pląsy.<br> {{tab}}Syn Koszykarza.<br> {{tab}}Coraz bardziej i w naturze i w pamięci nikły wszelkie ślady zimy, a wiosna w coraz większe stroiła się wdzięki; codzień łąki i pola grubszym okrywały się kobiercem, codzień liść gęstszy odziewał drzewa, codzień przybywał kwiat nowy. Kilka miesięcy przepędziwszy ciągło w mieście, i to większą część czasu, w ciasnym pokoiku nad księżkami, podzielałem wesołość przyrodzenia; a jak na błękitnym i jasnym widnokręgu, tak i w sercu mojem żadnej nie było chmury.—Już nie jedne odbyłem przechadzkę z szanownym Plebanem, już niemało nagadałem mu o sobie, nie mniej usłyszałem o parafianach jego, nie jednego w raz z nim odwiedziłem, kiedy dnia jednego po obiedzie oświadczył, że mnie zaprowadzi do bardzo zajmującej i ukochanej od niego rodziny, jeśli rodziną zwać można, Malkę i jedynaka syna. »Domek ich, jest odległy od innych domostw, rzekł: ułożenie odmienne od innych mieszkańców, a prawie ze wszystkich parafian, oni najbliżej serca mojego.*—»Czyżbym ich znać nie miał?« zapytałem się. — »O! znałeś zapewne, odpowiedział ale nie wiem czy dobrze pamiętasz? Ojciec był koszykarzem; na kilka mil w około słynęły koszyki jego, rozwożono je nauet daleko; żył i umarł w domku, gdzie dziś wdowa jego i syn goszczą. Był to człowiek bez nauki, ale rozsądny, nawet dowcipny; a jak cnotliwy!... Utrymywał się jak tzlko można najskromniej ubiór jego choć czysty, był niemal ubogi; od towarzystw i wydatków stronił; dnie całe, czasem i noce ciągłej poświęcał pracy, a tyle miał na swoje koszyki odbytu, że nigdy nastarczyć ich nie zdążył. Słyszałem nieraz innych parafian mówiących (bo tak jesteśmy skłonni do radzenia o sąsiadach): to nie pojęta rzecz, co len Ernest z pieniędzmi robi? nic pije, nie bałamuci się, nie gra. na żonę i syna nie traci, owszem królko ich trzyma, oszczędnie żyje, pracuje jak wół, a przecież majątku uzbierać nie może; wszak nie darmo robi? każdy mu za robotę płaci i suto bo piękna. To w tein coś dziwnego święcić się musi? jakieś licho ukryte? I każdy trząsał głową, ruszał ramionami, nie śmiał rnuwie nic wyraźnego, bo nic nie wiedział! ale rad był, żeby kto nareszcie uczynił aki wniosek, wyrzekł j kie słówko, na którychby troskliwość sąsiedzka już śmiało budować mogła. Mnie samemu (Boże odpuść) czasem niedobre mysh przychodziły do głowy; ale po dwutygod iowej chorobie umarł Ernest, i ten, który na pogardę zasługiwać się zdawał, okazał ffc godnym uwielbienia; śmierć wyjaw’ła Ikliwą tajemnicy cholliwego żyff?t... Nie sama miłość pracy pobudzała go do niej we dnie i w nocy nie przeze skąpstwo żył ou tak oszczędnie, nie na wydalki naganne i skrylfe rozchodziły się zarobione pieniądze: imał on prawdziwie piękne i szlachetne do takiego postępowania powody; żonie i synowi, których jako wyższe i lepsze od sielW intoty uważał, których kochał nadewszystko, lubo dosyć surowym dla nich się wydawał, chciał w przypadku śmierć Swojej (jakby ją przewiduląc) byt n’epodległv i miły, życie bez zchodów, mozołu, chleb pewny i łatwy zabezpieczyć. Ta była niezmęczonej jego pracy, niezmiennej oszczędności jedyna przyczyna. O! jakże to odkrycie usprawiedliwiło podniosło w oczach naszych zmarłego Ernsta’ Wspomnienie owych długich dni flata, dłuższych jeszcze nocy zimowych, pamiąć cierpliwego znoszenia tylu żarCtków, tw arze nasze rumieńcem wstvdu okryły, serca napełniły żalem... Choć już pięć lat od lej chwili minęło, jaszcze btz rozczulenia wspomnieć go nie mogę... ta niepoznana a tak stała cnota, ta niezmęczona nie dla siebieprftca, to ż\ cic całe zupełnie drugim poświęcone, i to bez żadnej chluby, pochwały, ma w sobie wielkość, która mnie przejmuje...— »PrawdazawTołałetn tu, niemniej rozczulony: jakiż to był człowiek, ten Ernest, a ileż jest Tiez wątpienia na ziemi, podobnych jemu nieznanych bohaterów cnoty, których ani życie, ani imię nie jest światu wiadome, którzy innych widzów prócz sumienia i Boga nie mają. Ale tenże syn, ta żona, godniż byli tego poświęcenia? « »Zupełnie odpowiedział starzec; odkrycie jego (bo żadne z nich o niein nie wiedziało) podwoiło żal ich nad stratą takiego męża i Ojca, i doląd zatrzeć go zupełnie nie dozwala; jego imię często jest w ich ustach, jego pamięć zawsze w sercach. — Ją wszyscy zowią dobrą Moniką: piękniejszej duszy niewieście ciało okrywać nie może. Zacny jej Ojciec był urzędnikiem w pobliskiem miasteczku, i miał się dosyć dobrze, ale krajowemi okolicznościami zubożał zupełnie, i w zupełnein umarł ubóstwie. Ona, jedynaczka jego, w której umysł otwarty i serce tkliwe, głębokie myśli i delikatne uczucia od dzieciństwa wrażał, przymuszoną była po jego śmierci, wejść w służbę do jednego z tutejszych rzemieślników; wtedy stosując się zupełnie do obecnego stanu, bez wstrętu, nawet z wdzięcznością, przyjęła rękę prostego lecz cnotliwego Ernesta: nie widziałem szczęśliwszego stadła, i ręczę, że nie postało nigdy w myśli Moniki, aby świetniejszy los należał jej się od Nieba. Przyjemna, tkliwa, pracowita, skromna, wszystkie mająca przymioty, innego \v sobie prócz pobożności nie widzi, i ten nit* przypisuje swej duszy, ale naukom Ojca i przykładom męża. Lecz jeśli ona godna uwielbienia, równa część należy się jej synowi. Nie ma jeszcze lat ośmnastu, a w raein długiem życiu nie widziałem podobnego jemu. Od pierwszego dzieciństwa niepospolite skłonności objawił: kierował je ku dobremu surowy Ojciec i rozsądna Matka; dziecię rosło w karności i posłuszeństwie, zawczasu wprawianem było do nauki i pracy. Pamiętać go musisz w szkółce tutejszej, jak lubo najmłodszy, najstarszych przeganiał. Dwunastu lat nie doszedł, gdy więcej od dwudziestoletnich umiał. Właśnie w tym czasie umarł cnotliwy jego Ojciec, a Matki jedyną pociechą po tak wielkiej stracie, była mzśl, że Bóg niepospoliteiu dziecięciem pobłogosławił domek jej samotny. Stosownie do życzenia męża, na śmiertelnej pościeli wyjawionego. umyśliła tę drogą latorośl wyłącznie dla chwały Boga hodować, i te usta, już wymowne, poświecić opowiadaniu nauki wiary i zbawienia. Podobne rodziców zamiary, częstf) zbyt śmiałe, tu zupełnie usprawiedliw ionemi były rządkiem usposobieni dziecięcia, jego gorliwością w nauce, a nadewszyslko czystą, łagodną pobożnością. Już on nieraz dawniej jeszcze odpowiadając na moje badania, tkliwością wyrazów, serce ostudzone wiekiem poruszył, a trafnością postrzeżeń doświadczony umysł zdziwił... Ale idźmy do nich. wiem. że miło ci będzie odnowić z niemi znajomość... — Poszliśmy; a minąwszy piękną osadę, przeszedłszy kawał pola, slanęliśmy na wzgórzu. Sędziwy pleban zmęczył się nieco; na wzgórzu leżało kilka kamieni, usiadł na jednym, a wskazując na lewo powiedział: *O! jak mi błogo i miło patrzeć na tę okolicę... tu zdaje mi się, że wolniej oddycham. Poznajesz ten luby domek w dolinie?... »Poznaję, zawołałem, to domek Ernesta, taki sam jak i dawniej, rów nie skromny i chędogi; tak ogrodzony dziedzińczyk, tak zawsze dwie w okólniku krowy; drzewa tylko w sadzie i wierzby na podwórzu znacznie podrosły: zgęstniało także i to zarosłe z rokiciny, które w tej nizinie za domkiem na tem bagnisku rośnie!« Już od lat pięciu, powiedział starzec, niczyja ręka go nie przerzadza: młody Edward tylko dla zabawy czasem koszyk uplecie, i już raz śmiałem się z niego, że zręczności nie odziedziczył po Ojcu. Patrz, jaki su1y dym z komina się wznosi, troskliwa Matka zapewnie lekarstwo jakie synowi przyrządza; ale siądź koło mnie a dokończę ci mojej o nich powieści... Usiadłem a szanowny mój dobroczyńca tak mówił dalej: » Edward więc uczył się w naszej szkole, i nie tylko współuczniów ale i mistrzów zaczął prześcigać. Wystarałem mu się<br> 0 {{tab}}grecką i hebrajską biblię, a tyle pracował, że stosując je do łacińskiej, którą miał w ręku, oba te języki rozumieć zaczął. Pięknym był widok dziecięcia, dumającego głęboko nad prawdą i pięknością chrześciańskiej wiary<br> 1 {{tab}}stosującego już jej przepisy do obrębu powinności swoich. Serce Matki rosło patrząc na takiego s\ na; a jeśli dumną była z cnót i nauki jego, ta duma coś bogobojnego miała w sobie, bo nie znam Matki, któraby w ięcej pamiętną na te słowa była: Oto dziatki są dziedzictwem Pana. Co święto bywała z nim w kościele, a ubiór jego staranny, dowodził, że go nic przeznacza do żadnego rzemiosła. — Jak dawniej prostota i oszczędność Ojca, tak wtedy wyższe Matki widoki nie uszły języka niektórych sąsiadów, za złe mieli dobrej Monisi, że się pyszni synem, że nie każe mu przerywać zarośla z rokiciny, że go na przemądrego panicza kieruje; ale już teraz przekonali się wszyscy, iż nie tylko Matka ale i parafia gdzie się rodził, chlubić się nim powinna.—Ody trzynaście lat skończył, sam uznałem, że do wyższych szkół oddać go należało. Pojechała z nim Matka do miasta, najęła porządną izdebkę; cnotliwa Ojca praca, jej rząd i staranność, pozwoliły dosyć znaczne_ koszta opędzić. Dziecię o niczem innem nie myślało, tylko o nauce: Matka wzięła na siebie wszystkie kłopoty i zachody: a skromna izdebka światłem była dla niej i niebem, bo mieszkał przy niej syn ukochany, bo za jej staraniem nie<br> {{tab}}KI. / T. Ilofmnni.wa T. VI. 7<br> {{tab}}marniał zLiór Ojca potem jego oblany, i Bogn rosła chwała. Wszystkie przymioty umysłu i duszy młodego Edwarda. nabywały dzielności^e«lu|ący we wszyst<br> {{tab}}kich klasach, tak co do nauki jak do obyczajów, zawsze na wsz\stkich egzaminach pierwsze otrzymuj ąa nagrody, po trzech latach ciągłej pracy, przyjętym został do akademii. Tam, już uczęszcza rok drugi, we wszystkich naukach i w teologii się ćwiczy; szacunek nauczycieli, uwielbienie i miłość spółuczniów pozyskał. Ale tej zimy zbyt u i^p pracował, i mizernieć zaczął; troskliwa Matka wezwała najbieglejszego lekarza; ten praerwać mu kazał na parę miesięcy umysłowe prace, użyć świeżego powietrza i wiosennych leków. Przywiozła g« natychmiast do rodzinnego domku, o którym ja przez ten czas miałem pieczę; już tu goszczę od trzech tygodm dobra Monika mlekiem i ziołami syna karmi, książek mu broni, i już mu jest daleko lepiej... Mam nadzieję w tym miłosiernym Bogu, że ten mfodzienieS tylu obdarzony cnotami, żyć będzie długo dla przykładu i dobra współbraci; że ten zdról czystego i prawdziwego światła nie ustanie tak prędko... Matka sobie podobno uroiła tę obawę, obfite w nią serca matek, i zwyczajnie tak u nich bywa, że im l(j)sze dziecię, tem łatwiej o nie się troszczą... Le;z ile d ijrzeć mogę, otóż i on; patrzaj, wyszedł z domku i siada na ławce; zdaje ni się. że książkę ma w ręku; dobra Monjka musi być bardzo zajęta, kiedy tego nie upatrzyła. Idźmy przerwać mu czytanie...<br> {{tab}}Zeszli: my z wzgórka, z takim pospiechem, jakiego tylko krok siedmdziesiątletniego starca dozwolić potrafił i wnet stanęliśmy koło ogrodzenia domku. Edward tak głęboko się zaczytał, że nas ani spostrzegł, ani nawet usłyszał; rad byłem temu, bom mógł się jemu dobrze przypatrzeć. Nie wiem czybym go był poznał, tyle znaczenia przez te siedm lat piękne jego rysy nabrały, tyle myśli na bladem wyryło się czole; stałem w zadumieniu, chociaż jeszcze nie widziałem jego oczów, które wlepione miał w książkę; gdy zaś na głos plebana obejrzał się i powstał, gdy Le oczy wyrazu pełne błysnęły radością, gdy mnie poznawszy, wdał się w rozmowę o naukach, <br> 0 {{tab}}przeznaczeniu człowieka, gdy przy najskromniejszem ułożeniu, przy pełnej prostoty postawie, tak z ust jak z oczu skry światła się sypały, wtenczas dopiero zupełnem było zdumienie moje, wtenczas przyznałem słuszność matczynej obawy... Krótką była ta rozmowa, przynajmniej mnie zdała się taką, łubom może nigdy nie objął tyle nowych co w tej chwili myśli; przerwała ją Monika. Nie wiedząc wcale, że ma gości, szukała syna z czarą trunku zbawiennego, który sama z ziół i z mleka sporządziła. Ody nas, a raczej sędziwego przyjaciela spostrzegła, pierwszem jej słowem było skwapliwe zapytanie: »Jakże wvglada?« Ileż ją uradowała potwierdzająca starca odpowiedź, ile ucieszyło zapewnienie, że już wnet zupełnie zdrów będzie. »Doprawdy! powtarzała, z uśmiechem nadziei; bo ja co zawsze na niego patrzę, zawsze mizernym go widzę. —Wtedy dopiero przywitała się z nami, <br> 1 {{tab}}mnie poznała; wtedy powtórnie zajmująca wszczęła się rozmowa, nastąpiło gościnne, wesołe częstowanie. Bawiliśmy z niemi dwie godziny, tak miłych nie pamiętam. Zdziwiły mnie znowu nieraz światłe pomysły Edwarda, rozrzewniły pieczołowite koło niego Matki starania, jej miłość i tak słuszna duma, którą w każdem widać było słowie; ujęła mnie wdzięczność, uległość jego, to zupełne ich uczuć zjednoczenie, zdań zgodność, szczęście czyste 1 tkliwe o cnotliwym Ojcu wspomnienie. Kiedy Monika<br> {{tab}}7* osądziła wieczorne pourie1rze zb\ li chłodnflm dla gyna, weszliśmy do domku; Edward zaprowadził mnie do ^rzyboczaej izby, tam pokazał mi stołeczek i okno, gdzie Ojciec kilkanaście lat pracował. Mocni1 wzruszi nie te przerywane słowa wyrzec mu tylko dozwoliło. 1 to było dla mnie., a ja, cóż podobnego uczynić potralię?..« Odeszliśmy; w drodze szanov ny pleban zwierzył mi słodką i prawie pewną serca nadzieję, (o ile nadzieja ziemska pewną b\ć może) iż Edward, skoro przyjmie kapłańskie święcenie, będzie po mm tej owczarni pasterzem; cieszył się cnotliwy starzec, że godniejszego od siebie następcę zostawi, i dawnoin już tak żywej radości w oczach jego nie widział.<br> {{tab}}Pogrzeb Kościelnika. Jak miłą oku, >k ujmującą serce, jest okolica wiejska, kiedy śnieg jeszcz się bieli u stóp jąj pagórków, a ich wierzchołki ji i zieloniTSć zdobić zaczj la Parę dni słonecznych promieni, parę nocy ciepl’o§o wiatru, lubą wiosnę z głębi zimy wyprowadzić zdoł iją. Trudno pojąć, jak mogła tak żywa zieloność, tak długo śniegiem być obloczoną. Z odżywioną przyrodą, dusza nasza nowego życia nabiera. Szczęście zdaje Sie milsze, uiny:;ł BAgatszy w myśli, sam smutek pi^ywdziew a n.cj.iką barwę radości, i cieszy się widokiem otwartego łona wszechrodnej ziemi. Wtedy młodzież się weseli, wi§k dojrzały uważa, sędziwy zgadza się ze swym losem. Jasne włosy dziecięcia igrają przy pląsath jego, wtók dojrzalszy wita rok nowy z wdzięcznym uśmiechom, a oko, na które już mrok zachodzi, w tej pow szechnej radości na grób spoziera. Takowym dniem wiosennym był dzień, kiedy ci, którzy odwiedzili Kościclnika Szymona na łożu śmiertelnem, poszli do domku jego, chcąc towarzyszyć szanownym żuło kom. na miejsce pogrzebu. Noc dnia w którym on umarł, zdawała się być nocą zgonu zimy. Poranek dnia, kiedy pochowany został, zdawał się być porankiem narodzenia wiosny. Sędziwy Pleban i ja, szliśmy sami doliną ponad brzegiem rzeczki; już jej wody, gdzie niegdzie tylko szronem, w podobieństwie piany okryte, płynęły szybko. Wierzby i brzozy z drzew najrychlejsze zdawały się już z lekka zielonością ubarwione, a pod niemi tu i owdzie wyglądała w radości nowego bytu, niebieska przylaszczka, sama lub u kępkach. Niektóre owady już igrały w powietrzu, a kiedy niekiedy ptaszek, wskroś przejęty lem nagłem ciepłem, odzywał się z miłosną piosnką, siedząc na ubogich jeszcze gałęziach. Był to właśnie dzień taki, jakiby człowiek poważny i staranny obrał do zwiedzenia pola swego, do upatrzenia szkód zimy i nadziei lata. Natrafił też na tę myśl Pleban, gdyśmy na chwilę stanęli, chcąc się okolicy przypatrzyć. > W podobnych to dniach, powiedział, zwykł był poczciwy Szymon obchodzić małe państwo swoje z synową lub wnukiem, a najczęściej sam z Pismem świętem w ręku*. Wtem dostrzegliśmy domek jego; przyłączać się też do nas zaczęły osoby z różnych stron, równie jak my na pogrzeb dążące; wszyscy byli poważni; ale nikt smutnym: jeden witał się z drugim łagodnie i w pokoju. Kościelnik Szymon umarł pełen dni i nikt z najbliższych jego, rozpaczać nad tym zgonom nie mógł. Długie i pobożne życie pięknie zakończył, i każdy z tych, ktOry dąż\ł by ciało jego oddać ziemi pewn\m był ile istota ludzka pcwną^czeglf b\£ może, iż dusza jegl) już była v niebie. Idąc tak razem, niejaka nawet ogarnęła nas swoboda; cieszono się z mego przybicia, pvtano o moje podróże, przygody?! opowiadano mi nawzajem, co się przez te siedin lat ętałoJ ktoUię ożenił? kto umarł? wiele dzieci ^jf narodziło? jakim b\ł nowy bakałarz? zgoła, ożywiona, lubo bez żartów i śmiechu rozmowa, zajmowała nas dopóty, dopóki nie-stanęliśmy w zagrodzie domku, pod osłaniającymi go, grubemi konarami nagich jesVeze jesionów. — Wtedy milczenie nas ogarnęło i tak weszliśmy do mieszkania śmierci. Przyjął nas syn zmarłego w progu, z twarzą pokorną lecz spokojną, a w jego sposobie powitania Plebana, widać było skruchę, wdzięczność i poddanie się woli Boga. Siedliśmy wszyscy w długiej izbie, a syn przyjmował każdego u drzwi, wskazując mu jego miejsce. Było tam wiele głów siwych, wiele siwijących, więsej jeszcze św ietnych młodością i siłą. Lecz ta sama uroczystości powłoka wszystkich przyodziała, i siedzieliśmy skojarzeni tym samym duchf m pobożności i wiary. Podano w ino w około, a syn patrzył na Plebana, który powstał podniósł zwiędłą rękę, i zaczął błogosław lenstwo i modlitwę. Tyle było odwagi vr całym starca układzie, tyle tkliwości w głosie jego, że skoro mówić zaczął, każde piersi, każde usta, mimowolnie dech i tchnienie w sobie wstrzymać chciały. — Wszyscy stali jak wryci, a oczy wszystkich wlepione były w tę spokojną i patryarchalną partawę, w te oczy spuszczone i długi włos srebrny. Kie był^ nic smutnego w jego słowach, owszem jak zwykłe w wyrazach Wiary i Nadzitei, jaśniała w mch jakaś radość. Mówił o cnotach zmarłego, acz zapewne niedoskonałych w oczach wielkiego Boga. przecież mogących otworzyć mu Niebo przez zasługi Zbawiciela.<br> {{tab}}»Oby! (tak modlił się dalej) to błogosławieństwo Boskie, które tak długo spoczywało nad tą siwą głową, przejść mogło na tego, co teraz wodzem i ojcem lego domu będzie. Bo zaprawdę, powiadam wam: większa będzie radość w Niebie nad jednym grzesznikiem pokutę czyniącym, niżli nad dziewięćdziesiąt dziewięć sprawiedliwych, , którzy nie potrzebują pokuty. Gorliwie i rzewnie modlił się jeszcze Pleban za tę, która w samotnym zamknięta pokoju przybranego Ojca, jak rodzonego płakała i za jedyne jej dziecię. Nie zakończył też modlitwy bez wspomnienia na siwe włosy swoje i na bliski już dzień, kiedy obecni zwłokom jego do grobu towarzyszyć będą. Gdy przestał mówić, lubo wszystkie serca były rozrzewnione, jedno tylko głośnem odezwało się łkaniem, i wszystkich oczy zwróciły się na małego chłopczynę stojącego obok syna Szymona. Miłość wzajemna żyjącego Ojca zastąpiła wnet miejsce tej, którą dla zmarłego dziada był przyjęty; bo dziecię kochać tylko pragnie mało dbając na kogo Dopuszczano go przez te dni ile razy chciał, do łoża, na którem zwłoki dziadka spoczywały; a dziecię patrząc na łagodną i spokojną twarz jego, pogodziło się ze śmiercią. Matka i Pismo Święte kazały mu być posłusznym Bogu, bez żadnego wyjątku i dziecię tak w swej prostocie czyniło. Jednak koniec tkliwej Plebana modlitwy wydobył łkanie z serca jego; lecz łzy roszące teraz okrągłe jego policzki, odmienne były od tych, któremi się zalewał w dzień śmierci dziada. Sędziwy pleban położył w milczeniu rękę swoje na złotowłosej głowie chłopczyny, i szmer uprzejmej litości powstał w izbie. Wnet uspokoił się i wszy-<br> {{tab}}Siku wróciło do porządku i cichości. W sieni tylko przytłumiony hałas, kroki ostrożne choć ciężkie kilkunastu ludzi słychać było. Nareszcie kłoś wszedł i wyrzekł te słowa: Już gol owe!« a syn i Pleban przewodnicząc obecnym wyszli z domu. Trumna stała przed drzwiami na przygotowanym całunie. Odbijały się promienie słońca w blasze, na której cyfrę, dzień i rok śmierci zmarłego wyryto, a lekki wietrzyk poruszając gałęzie wspaniałego jesionu, okrył kroplami rosy trumnę, wóz i powłokę żałobną. Poczet cały jednym duchem tchnący razem ruszył.<br> {{tab}}Kiedym go obejrzał, chcąc pożegnać len piękny domek, opuszczony na zawsze przez tego, który go wystawił i ozdobił, ujrzałem w okienku drugiej izby, bladą twarz nadobnej niewiasty, która zasyłała pożegnanie szczątkom śmiertelnym Ojca. zamieniającego długie obok niej mieszkanie na dłuższe grobów siedlisko. Szliśmy przez doliny i pagórki, obok jeziora, przez most stary nad rzeczką, a po godzinie myślącego dumania, doszliśmy do małej bramy cmentarza. Rozbijał powietrze głos żałobnego dzwonu, stanęliśmy wszyscy koło wozu, według porządku przez uczucia nasze wskazanego... Po kilku minutach leżał Kościelnik Szymon w grobie ojców, obok żony i dzieci, w dawno obranem przez siebie miejscu. Rozeszli się wnet jeden po drugim przytomni, i wkrótce nie było nikogo nad świeżo usypaną mogiłą, prócz syna zmarłego z małym chłopczyną, Plebana i mnie. Jam zaczął przyglądać się. wokoło; lubo już dzieli trzeci gościłem w plebanii, jeszczem się nie zebrał pójść na cmentarz; a teraz każda mogiła, każden kamień grobowy, na który tak często w dziecinnym wieku patrzyłem, odświeżał się w pamięci mojej i czylałem gładko napisy dla kogo innego już nieczytelne. Cały pozór lego miejsca był prosty i bez wykwintnych ozdób, jednak z nowszych pamiątek umarłym położonych, mogłem poznać z łatwością, że przez czas nicbytności mojej, byt żyjących się polepszył.<br> {{tab}}W tych pomnikach prócz uczucia, i smak dobry przebijał niekiedy. Na niektórych kamieniach obok wieku i imienia zmarłego, czytałem i wyroki z Pisma; bo miłym stało się dla duszy pobożnej zwyczajem, kiedy już na to życie z przyjacielem się rozdziela, mieszkanie szczątków jego uczcić słowem wyjętem z tej księgi, która życie wieczne obiecuje. Spostrzegłem także wiele nazwisk tych, o których mi w drodze mówiono, których zostawiłem pełnych siły i zdrowia; obaczyłem i młodszych od siebie a napisy nad ich grobami już nie wszystkie były wyraźne... Wiejski cmentarz nierównie lepiej prawdziwą kolej rzeczy od głazów i miedzi, od miejskich katakumb wystawia; te malują jako obecne, żal i uczucia oddawna wygasłe; tu zaś jest rzetelny obraz tego, co na świecie się dzieje, lem rzetelniejszy, że sama układa go natura, usypana świeżo modiła niedługo od innych się różni, kamień na niej położony, czas krótki sterczy i jaśnieje; trawa, mech, wnet je obrastają i w rok już ich znać mało, już się z dawniejszemi równają, już nowe obok nich powstały! Tak jak w życiu, nieustanne odnowienie i nieustanny upadek, próżne usiłowania, by coś trwałego uchwycić, a czas wszystko niszczący, razem zaciera i uczucia żalu z serca i napis z kamienia... Cmentarz dla wiejskich mieszkańców jest miejscem, gdzie często zwracają się ich oczy i serca. Przed rozpoczęciem nabożeńsLwa zwykli rozmawiać o niedawno tam położonych; a każdy z nich wie, że czy później czy prędzej legnie w tej ziemi i także i o nim przez niedziel kilka mówić będą!... Ci, których przeznaczenie wrzuciło w zgiełk i niebezpieczeństwa świata, ci nie wiedzą, gdzie głowę położą. Żołnierz, wędrownik, miejsca grobu swego nie zna; ale spokojny ziemianin, zagon ojcowski orzący, wie, że w jakim kościele był ochrzczony, w tym i pogrzebany będzie, i dla niego to prawdziwie jeden krok jest tylko, od kolebki do grobu!... — Takie myśli mnie zajmowały po skończonym pogrzebie Kościelni ka Szymona. Już trawka sąsiedzkich mogił, przydeptana stopami obecnych, podnosić się zaczynała, a jam jeszcze odejść nio myślał. Jakiż to skromny był obchód! Proch oddano prochom i nic więcej...<br> {{tab}}Lecz umysł mój oderwanym został od nowych dumań, głębokim jękiem: spojrzałem, a na grobie Szymona postrzegłem klęczącego syna; całował ziemię z zapałem: » Zasmuciłem Ojca w późnym wieku jego, wołał: żałowałem, on mi przebaczył, na śmiertelnem łożu, lecz Bóg czyż mi przebaczy?«<br> {{tab}}Sędziwy Pleban stał niedaleko: nic nie mówił, ale spoglądał z litością na schylonego młodziana: przewinienie jego było wielkie, dał się uwieść fałszywym zdaniom, naprzód zwątpił, potem bluźnił, nareszcie namiętnościom się oddał, żonę i dziecię zaniedbał, był głuchym na głos Ojca, na głos sumienia. Te wszystkie występki swoje widział przed sobą, lecz nie ciężyły mu już tyle na sercu; łzy, które dotącl przytomność sąsiadów wstrzymywała, teraz obficie płynęły, jakby chciały przenurtować ziemię i dojść do skrzepłego już serca rodzica. Żaden z nas go nie podnosił, żaden łez jego nie tamował, gdyż żal ten był pożądany, błogi.<br> {{tab}}Jednak po chwili, gdy już sam uciszać się zaczął, Pleban wyrzekł łagodnym głosem: »Nie bój się synu i Ojciec i TJóg ci przebaczył; u-zak czujesz lo przebaesenie w uspokojoneni sumieniu-1Na te słowa podniósł głowę ten drugi syn marnotrawny i z pełnych łez ocfeu, pogodne błysnęło wejrzenie: lecz klęczał jeszcze, bo człowiek l:!oź\, r^ce nad nim wyciągnął, jakby 1 błogosławiąc go; a tymczasem piękny i miły chłopczyna, a który strwożony jękiem i łzami ().n<i, oddalił się był nieco, przystąpił do niego; jedną rączką głaskał go po twarzy, w drugiej trzymał nad więdło przyłaszczki, które idąc za trumną Dziada, ponrmouolnie przy drodze był zerwał.<br> {{tab}}Tydzień bytu clwuzłott wki.<br> {{tab}}Opijany przez nią samą ’).<br> {{tab}}W młodziMczym, a niemal w dziecinnym jestem jeszcze wieku, urodziłam się lat temu dziesięć; nodobna do narodu, w którym byt mój toczę: o pierwiastkach znakomiłBgft saęzepu mcjego, o czasie, kiedy istnieć zakął, nic z zupełną pewnością powiedzieć nie mogę. Może sięga pierwszych dni stworzenia świata, a przynajmniej<br> {{tab}}’) Pomysł tej powieści nie jest bynajmniej nowy: “Francuzi, Niemcy, Anglicy mają podobne; u nas nawet Krasicki zwięzłe i dowcipnie przemiany i podróże czerwonego złotego opisał, w tomie drugim dzieł swoich; ta jednak powieść nie jest ani tłómaczeniem ani naśladowaniem, napisaną była oryginalnie w r. 1826, w chęci dogodzenia ciekawości jednej osoby, która przypatrując się dwuzłotówce z roku 1816, rzekła: »Szkoda, le mówić nie umk, ileżby nam powiedziała rzeczy i.<br> {{tab}}str. 110⏎ potopu; to jednak wiem z pewnością, że więcej niż przed trzema wiekami szczep mój srebrny zawarty w jednej wielkiej bryle, lecz przyćmiony mniej zacnymi kruszcami, a nawet kamieniem i ziemią, leżał spokojnie w wnętrznościach wspólnej maiki wszech rzeczy, daleko ztąd, za morzem, w tak zwanych minach Potozu. Trwał już ten spoczynek oddawna, coraz nowe pokolenia, czyli warstwy, bryłę moją rodzinną zwiększały, kiedy chciwość ludzka jej pokój i wzrost przerwała; bo czyjcjżc ona swobody nie zakłóci, czemuż tamy n(contracted; show full) {{tab}} ’) Prred elekcyą, Jędizej Olszowski biskup chełmiński wydal był księgę, w której po rozstrząśniemu przymiolow ogłoszonych kandydatów, dowodź ł tego, iż najprzyzwoitsza rzecz byłaby Polaka obrać; w szczególności zas Księcia Michała Wiśniow eckiego wychwalał (Albcrłrandi k. 240,.<br> {{tab}} All content in the above text box is licensed under the Creative Commons Attribution-ShareAlike license Version 4 and was originally sourced from https://pl.wikisource.org/w/index.php?diff=prev&oldid=2592537.
![]() ![]() This site is not affiliated with or endorsed in any way by the Wikimedia Foundation or any of its affiliates. In fact, we fucking despise them.
|