Difference between revisions 349459 and 349718 on plwikisourceMassalski Józef - Poezye t. II <center><big><big></big></big></center> <br /> DO XICDZA PROBOSZCZA P Odsyłam, z podziękowaniem, przeczytaną z uwagą xiążeczkę o sławnym kanoniku Ho- henlohe, cudownie uzdrawiającym chorych modlitwami; a że zapytywałeś mego o nim zdania, odpowiadam tedy, że podług mnie, lepiej jest wierzyć temu, czego nie rozumiemy, aniżeli przeczyć dla tego, że nie rozumiemy. Czyż dla tak wielkiego Pana, Co mógł z niczego świat stworzyć, Trudno na modły kapłana Ślepemu oczy otworzyć? Sprostować paralityka? Niemym dać władzę języka? Wszak zdolną była moc Boża Z trumny wstać kazać martwemu; Czemużby dzisiaj choremu. Kazać nie mogła wsiać z łoża? Nie popieram ja z zapałem, Żeby autor tej xiążeczki Nie przyłożył choć troszeczki; Sam tych cudów nie widziałem, A autor, gdy sprzyja pióro, Napisze czasem i z górą. Lecz mam szczere przekonanie^ Ze ust cnotliwych wołanie Ubłagać Boga jest wstanie; I, że iskierka rozumu, Jaką niebo ludziom dało, Jest iskierką bardzo małą, Gaśnie śród tajemnic tłumu, Jak płomyk, co w nocną chwilę Błądzi czasem na mogile. r I dla tegoż nie zatapiam się z tą iskierką w badanie rzeczy niepojętych; bo czyż nie- bywa, ze rozum uganiając się za jakąś tajemnicą, i niedocieczoną sam nakoniec uciecze? Niech mędrce łowią z kłopotem, Co znika przed ich obliczem,; Ja tylko dobrze wiem o ićm, Że dobrze nie wiem o niczemj A nie mogąc lepiej dociec, Wierzę jak matka i ociee.<br /><br /> <center><big><big></big></big></center> <br /> DO ALEXANDRA Ł Dowiedziałeś się przyjacielu, ze polowałem wczoraj na zające, i zapytujesz mnie, czy się podobało to polowanie; odpowiadam, ze musiało się podobać; lecz nie mnie, a zającom, bo za- dnegom nie zabił. Jeszcze onegdaj, z wieczora, Z miną Nemroda, pan Łowczy, Wydał nam wyrok stanowczy; Ze ponieważ piękna pora; A zatem pożyteczniej użyć jej nie można, jak pójść nazajutrz na polowanie. Zapytałem po cichu dojeżdżacza czy będzie śniadanie w torbie; odebrawszy pomyślną odpowiedź, potwierdziłem wyrok pana Łowczego. Lecz trzeba, rzekł, nieodbicie Być nam już w kniei o świcie. Zraniło niemiłosiernie moje uszy ostatnie jego słowo. Niepozwalam, krzyknąłem, o świcie; cbyba o południu. Oburzył się pan Łowczy na ten myśliwski barbaryzm; inni żartować zaczęli; ja przypomniałem odpowiedź dojeżdżacza, rzekłem zgoda, i poszliśmy spać. Ledwo ranne błysło zorze, Już rad nie rad byłem w borze. Zagrały trąbki, okrzyki, Harap klaska, pieski gonią, Strzelce biegą na przesmyki, Ja pod krzakiem drzemię z bronią. Aż huczne obok wystrzały Nagle słodki sen przerwały. Trochęm się zrazu zatrwożył; Lecz przypomniałem, żem w kniei, Żem tu nie przyszedł w nadziei, Bym pod krzak spać się położył. INlyśl ma więc była o strzałach^ Jak ma paść pod moim grotem Wykrętny zając; a potem: Blyśl o niebieskich migdałach! W ićm posuwistemi skoki Sadzi szarak kosooki. Nim chwyciłem broń do rękif Nim przyłożyłem do szczęki, Nim się kurek odprowadził, Zając już wiorstę odsądził. Słyszałem kiedyś, że w takim razie psy na trop nawołać należy; zacząłem zatem z całych sił krzyczećj ale, że krzyk ten nie był podług myśliwskich przepisów, zbiegli się do mnie wszyscy towarzysze,! pytali się przestraszeni, jaki mi się zdarzył nieszczęśliwy przypadek. Skończyło się na tern, że na mnie jeszcze więcej, niżeli ja na psy, naliałasowali. Nie tak się zląkłem hałasu, Jak tych słów naszej drużyny: Niema już w kniei zwierzyny, Idźmy do inszego lasu. Miałem chęć poprawić mój grzech, i poszedłem z nimi; pomimo jednak tej chęci, troskliwie pytałem o to, jak prędko wrócimy do domu? Ale zniknęły te troski, Gdym poslrzegł, że z bliskiej wioski Dziewczęta cudnej urody Biorą w tym lesie jagody. Daruj Elino! masz słowo, Ze już tak płochym nie będę. Wdałem się z niemi w gawędę. W tein Łowczy, kiwnąwszy głową, Rzekł: hracia! nie traćmy czasu; Któżby chciał ścigać zwierzęta, Gdy w kniei takie dziewczęta? Idźmy do inszego lasu. Upadam do nóg rzekłem, i dopomniałem się o część mnie należną śniadania: — Nie zasłużyłeś— odezwali się wszyscy.— kucharz mi tego w domu nie powie— pomyśliłem i pożegnałem śmiejących się towarzyszów, Którzy mi na pożegnanie Ten dali wyrok niestety! Ze nigdy na polowanie Brać nie należy poety.<br /><br /> WIERSZE RÓŻNE. <br /><br /> <center><big><big></big></big></center> <br /> UŚMIECH. Najpierwszy w świecie uśmiech zabłysnął w Edenie, Gdy z Chaosu myślące Bóg wywiódł stworze-* nie; I najmilszy w dziew iczym zaigrał rumieńcu, Gdy z nicości, przy pięknym ockniona mło- dzieńcu, Nie śmiało wznosząc wdzięczne i zdumione ^ czoło, Życie, miłości szczęście poczuła w około. 9* >m Pierwiej nii dar, co myśli dźwiękiem słów o- Uśmiech od innych tworów już odznaczył W straszny dzień, gdy żegnając Eden zasmu- K.lątwrę i żal występni w dzikie nieśli strony, Idąca wprzód, i miłe kreśląca rachuby. Nadzieja im wykradła z raju uśmiech luby. Ale, choć ta sprzyjała, ten leciał bez chęci; Gdzie ulga w niepewności, a szczęście w pamięci, Tam wesołość promieniem swym ust nie ob- Nie lubi uśmiech igrać na wrygnańca twarzy. Ginął człowiek w ciemnocie śród udręczeń tłumu; Lecz niedola rozjaśnia pochodnią rozumu. bleka, człeka. eony, » W* 95⏎ ⏎ <poem>Gdy jej światło odkryło, a zdobyła praca To, co żywi, ochrania, cieszy, ubogaca; Gdy towarzyskie grona zwołał duch przyjaźni; Znowu uśmiech, to w plonach pięknej wyobraźni, To na skrzydłach miłości przylatał, to cnoty; I z oblicza śmiertelnych spędzał mgłę tęskno ty. Luby ten szczęśliwości Edenu zabytek, Nie gdzie przymus naturze, lub urąga zbytek, Ale tam rad się zjawia, zkąd wygnana pycha, Gdzie pod tarczą pokoju swoboda oddycha. Kogo wr swojej obfitość pieściła kolebce, Namiętności skaziły, dopsuli pochlebcę, Ozionie go niesmakiem nieczułości zima, Kłamie on uśmiech twarzą, lecz go w sercu niema. To zewnętrzne odbicie, wnętrznego wesela, </poem> <poem>Skromnej cnocie najmilszych powabów udziela. I w tedy uśmiech z niebios pożycza uroku, Gdy mu córka tkliwości, łza, przyświeci w oku. O jakże on, gdy słodko dusza się poruszy, AYyraźnym, chociaż cichym jest tłumaczem duszy! Uważaj to niemowlę na piastunki łonie: Cóś jak w zamęcie przed niem ćini się, barwi, płonie, Na niewinuem aniołka obliczu i z oczek Widać myśl niedojrzałą i smutku obłoczek; Nagle uśmiech uwdzięczył usta niemowlęce. Z kądze ten uśmiech? Matka podała mu ręce. Chęć pomocy i pociąg przyrodzenia miły, Czyż wyinó wniej nad słowa tu nie przemówiły? Czysta roskosz i złote nadziei zadatki, W> 97 «S</poem> <poem> Czyż nie żyją w uśmiechu zachwyconej matki? Patrz! westchnienia wdzięczności nic utrzyma w łonie Starzec, mdłe ku niehiosóm podnoszący dłonie; Z domku, co choć ubogi, sto mu lat był miły, [>o nie wiele szczuplejszej ma już przejść mogiły- Nie czuł wstrętu do świata, pożyteczny w świecie; Lubił życie, zgon widzi, nie narzeka przecie. Łza drży w gasnących oczach; lecz łza pożegnania. Z uśmiechem do wiecznego snu on głowę skłania. W uśmiechu tym, co ziemskie myśli dać nie mogą, Czytam życie bez plamy i następność błogą. g> 93⏎ </poem> <poem>Patrz! temu świat pustynią, młody wiek ciężarem; Pragnie serce napoić miłości nektarem; 1 zjawia mu się piękność; w uroku promieniach Ujrzał jej boski uśmiech, zginął w uniesieniach. Dzieli ich morze przeszkód, co oddycha burzą; Lecz kiedyż łódź miłości przeszkody zanurzą? Wstąpił do niej; nadzieja rozwinęła żagle, Wpędziła w środek burzy i zniknęła nagle. Bez nadziei, bez gwiazdy opiekuńczej, w mroku, Błąka się bity falą śród nieszczęść natłoku. Cóż go zbawi, uleczy, smutne zetrze wzmianki? Co go porwie do nieba? — Znów uśmiech kochanki. Uśmiechu! kwiecie duszy! promyku lej doli, Która cnocie po ziemskiej zaświeci niewoli! </poem> <poem>Komu zawsze pogodna twarz tobą się wdzięczy, Zycie mu gra w kolorach jutr:?l£iki i tęczy. I mnie, kiedy nieszczęścia dłoń dosięgła sroga, Tyś na ustach Eliny był posłańcem Boga. Dzięki ci! zlatuj do nas. Pan, co rządzi w niebie, Darował światu słońce, człowiekowi ciebie.</poem><br /><br /> {{skan zawiera grafikę}}<br /><br /> <center><big><big></big></big></center> <br /> DO NICETA J. Witam cię Jungu młody w twej dzikiej u- stroni! Czyz nie czujesz ściśnienia przyjacielskiej dłoni? Jakaż się do twej duszy żałoba zakradła, Ześ ulubił samotność i czarne widziadła? Dzień twój zanosisz w lasy, noc trawisz przy grobie; Czekaj! twoje nie minie, otworzą go lobie. Witam cię, a uśmiechem twoich ust nie wdzięczę! Ty wzdychasz? ty nie mówisz? ty kochasz młodzieńcze! Kochasz; a choć miłości dana bóstwa postać, Czujesz, jak źle wyznawcą lego bóstwa zostać. Twarz mu się szczęściem śmieje, a jad skryło w duszy; Nie raz małem skrzydełkiem straszną burzę wzruszy. Buduj mu, buduj ołtarz i błagaj w pokorze, r Zęby sobie leciało za dziesiąte morze. Miljon rąk da mu krzyżyk i ślady zamiecie. Czemuż, ledwo się młodzian obejrzy na świecie, Ledwo przed nim dziecinnych dni zamknie się niebo, Już miłość główną duszy stała się potrzebą? Precz wesołość i pokoj. precz wieńców tych żądzą, Które sława rozdaje, potomność przysądza; Precz prace, jakim przysiągł poświęcić się wiecznie, Kochanki mu potrzeba, kochanki koniecznie. Czy trafił na zbyt szczodrą, co za słodkie słówko Rada sto pocałunków zapłacie gotów ką: Wnet się odda uczuciom, co zniżają człeka; Przesycony miłością, nie wczas się jej zrzeka; Bo kto w morze roskoszy brnął zamknąwszy oczy, Tego niesmak i wiecznej nudy mgła otoczy. Czy dumną spotkał piękność,która zna do siebie, Że jest bóstwem niechybnie, choć niemieszka w niebie: Ta na uśmiech, na jedną niby to łzę w oku, Każe u nóg swych ciężko wzdychać przez pół- roku; I póki mu nie błyśnie w ręku broń rospaczy, Póty słowa zbawienia kocham, rzec nie raczy. g> io5 ^ Lecz gorzej, gdy z nektarem na ustach, obłuda Cnotę i nieskażone przywiązanie uda; A zapaleniec młody, co niebacznie wleci W zdradnie kwiatem roskoszy przysypane sieci, LTjrzy dłoń ukochaną, już ją posieść bliski, Swiętokradzkie innemu niosącą uściski. Dziwisz mi się młodzieńcze i nie bez przyczyny; Eo wiesz, że,gdy to mówię,wzdycham do Eliny. Tak jest! Ależ nie każdy kwiat rodził się różą; I wierz mi, tu na ziemi Elin jest niedużo. Serce, przez nią miłosnym natchnione zapałem, Nie jest Wulkan, co bucha boleścią i szałom; Serce, które śmiertelnik darował Elinie, imienia się całe w miłość i w szczęścia świątynię; Palą się w niem ofiary piękności i cnocie; Cmi go czasem tęsknota; lecz obce zgryzocie. By mrok zniknął, dość niebios jednego promienia; Dość uśmiechu Eliny, by znikły cierpienia. Jeśli ci los podobną znałeść dał dziewicę, Bluźnierstwem jest ten smutek co mroczy twe lice; Poznać ją juz jest szczęściem, wielbić jest po- potrzebą; Kto czci bowiem anioła, czci w nim same niebo.<br /><br /> <center><big><big></big></big></center> <br /> STRUMIEŃ. W czystem zwierciedle strumienia, Jutrzenki uśmiech wstydliwy, ”Wesołe słońca spojrzenia, Nadbrzeżny gaik i niwy, I strojnych dziewic obrazy Wdzięcznie igrały sto razy. W swobodnej duszy przed laty, Gdy mój roskwitał poranek: Obraz natury bogaty, Czarowne wdzięki niebianek, Nadzieje szczęścia i chwały Sto razy także igrały. Czasem skrzydełko wietrzyka Zraniło, w płochej swawoli, Spokojne łono strumyka; Czasem cień jakiejś niedoli, Co prędzej znikał niz tchnienie, Przyniósł mej duszy cierpienie. Uciekła pora pogodna, Przybiegły wichry jesieni, Strumień się zmącił aż do dna, Niebo ma cofa promieni; Stracił wesołość, ponęty, I omdlał zimą ściśnięty. Czas porwał złołą mą dolę ”W burzliwej nieszczęścia nocy. Skazanej duszy na bole Niebo ujęło pomocy. Zimną na wdzięków zjawiska, Grobowy smutek uciska. Wr 109 Wiosenny promień cię wzrusza, Wraca ci życie strumieniu! Znajduje szczęście ma dusza W czułem Eliny spojrzeniu. Strumień brzmi wdzięcznie i płynie; Ja śpiewam wdzięczność Elinie. Znowu strumieniu! sto razy, 3Xiin zima zamknięć w kajdany, Hóżne odbijesz obrazy; Lecz już w mej duszy, bez zmiany, Jaśnieje obraz jedyny, Eliny, tylko Eliny.<br /><br /> <center><big><big></big></big></center> <br /> POTĘGA MIŁOŚCI. — Młodzieńcze! jam ubogi, ty rozrzucasz złoto, Żebrzę wsparcia, ty słyniesz litością i cnotą; Dwoje obcych niemowląt kryje moja chatka; Z żalu, z głodu, z boleści, skonała im matka; Pną się do martwych piersi i pokarmu płaczą. Panie! broń je przed śmiercią i mnie przed rospaczą. Słaby starzec nie zdołam, dłońmi w pół mar- twemi, Ni dziatek wrócić życiu, ani trupa ziemi — Jużem dość niewdzięczników nakupił mem złotem. — Rzekł młodzieniec i okno swe zamknął z łoskotem. Chciał podobnie, nie jednym zakrwawione ciosem, I serce swoje zamknąć przed ludzkości głosem; Lecz wytrysnęła jemu łza minio zakazu, Jak na głos cudotworcy zdrój w ytryska z głazu. Otarł ją gniewną dłonią młodzian niespokojny? W tem z orężem w podwojach zjawił się syn w ojny. —Ziomku! rzekł, wzywa ciebie sława, bóstwo nasze. Słyszysz? grają jej trąby, błyskają pałasze; Twój tak straszny był wrogom; niech go rdza nie plami. Z nami dzielny młodzieńcze! w imię kraju, z nami!— — Bądźcie zdrowi rycerzu! nie złudzi mię sława; Kraj nie cenił mych zwycięstw, nie ma do nich prawa. — Rycerz spojrzał z pogardą, poskoczył na konia, Szczęknął oręż, koń zarżał i pędził przez błonia. W młodzieńca krew zawrzała, już pochwycił zbroję: I rzucił ja, o próżność winiąc serce swoje. — Przyjacielu! dziecinnych lat współbracie drogi! Chęć ujrzenia cię moje uskrzydliła nogi; Wędrownik, srogich losów poruczon opiece, Z drugiego końca świala w twe objęcia lecę i W nich zapomnę niedoli, w nich pokrzepię duszę, W nich odżyć i nakoniec szczęśliwym hyc muszę. — — Zbłądziłeś wędrowniku! szczęście ztąd ucieka; Lata ono w krainach urojeń człowieka; Tam idź; dla mnie juź fałszu omamienia gasną. Próżno mianem przyjaźni krasić miłość własną.— Wędrownik westchnął, poszedł ze łzami w źrzenicach. Uśmiechnęło się piekło na młodzieńca licach; Lecz widok przyjaciela, młodych lat wspomnienie, Zasklepionemu sercu wydarły westchnienie. tom II.- 8 — Żegnam was płonne mary młode'j wyobraźni! Żegnam, rzekł, cnolo! sławo! i ciebie przyjaźni! Mówiłyście o szczęściu, jam wierzył i gonił; Ale czas mi pochodnią rozumu rozpłonił; Rozproszyło jej światło tę chmurę ułudy, W której kryły się życia zasady i trudy. Tak wierzchy skał,gdy ranna mgła przed słońcem znika, Wyraźniej się rysują oku wędrownika. Nie dla dobra ogółu, nie dla szczęścia w niebie; Człek stworzony dla siebie, winien żyć dla siebie; Bo za grobem jest otchłań, gdzie w nicości mrokach, Nigdy już promień życia nie zaigra w zwłokach. ^ ^ -—Młodzieńcze!— wdzięcznym głosem ”wyrzekła dziewica; •Rumieniec jej niewinne rozanielił lica, I drżący w uściecli wyraz przerwało westchnienie. Lecz co usta nie śmiały, to rzekło spojrzenie. Kiedy promień na zimną spadł kryształu bry- Nie tak żywo kolory w nim zagrają miłe; Jak żywo wzrok miłośny, w sercu zatwardziałem, Zagrał szczęścia nadzieją, roskoszą, zapałem. Chce młodzian przed nieznanym uciekać u- rokiem; Lecz się nie chce dłoń z dłonią, oko rozstać z okiem. Bo się słodko spoiły dusze w lem spojrzeniu; Całe zbiegło się życie w tem ręki ściśnieniu. 8* & 11G <1 Czyjąż sierotłzy w uśmiech zmieniają się ręką? Czyjez imie z ust starca zabrzmiało z podzięką, I na skrzydłach się modłów uuosi do Boga? Czyjeż ramie od kraju miecz zwróciło wroga, I w najczulsze uściski przyjaciela przyjmie? Ach! to ramie młodzieńca, to młodzieńca imie! Bo razem go miłości cudotwórcza siła Cnocie, sławie, przyjaźni i niebu wróciła.<br /><br /> <center><big><big></big></big></center> <br /> DO SZTAMBUCHA S. C. Jako skry w dymu obłokach, Tak, śmiertelni, garstka nasza Błąka się, łączy, rosprasza, Błyska i ginie w pomrokacli. Dziś tu, a jutro w tern gronie Nie ujrzym ciebie dziewico! Rodzinne Podola błonie Tkliwą powitasz źrzcnicą. Lecz, choćbyś była za śv\ iatem, Myśl tu o tobie nie zginie; Choć kwiat odbiorą dolinie Tchnie ona jeszcze tym kwiatem.<br /><br /> <center><big><big></big></big></center> <br /> KANAREK ZOSI. Ktokolw iek jesteś, gdy masz duszę tkliwą, Gdy masz to szczęście być w ogródku Zosi, Westchnij: tu w kwiatów cieniu grób się wznosi. O jakże często, gdy juz dni przędziwo Los pocznie złocić, przecina je parka! Wrestchnij ten czarny grób, sześć calów duży, Skropiony wdzięcznie łzą poranną róży, Lubego Zosi pochłonął kanarka. Raz tu, wieczorna gdy już błyska rosa, Gdy błądzą duchy po państwie xiężyca, Czy to liść lecąc dotknął Zosi lica, Czy wietrzyk wionął pierścieniem jej włosa, Czy płocha Syllow była to igraszka: Ze widzieć mniema cień miłego ptaszka; Jakby szczęśliwe chcąc przypomnieć życie, m ji9 Pragnął raz jeszcze siąść na śnieżnem łonie; Chwyta go dłońmi, lecz zwiedzione dłonie Tylko mocniejsze czują serca hicie. Jeśli niepłonne zwiodło ją łudzenie, Natchnij me rymy o cieniu maleńki! Niech będą wdzięczne jak twoje piosenki, Kiedyś chciał Zosi przerwać zamyślenie. W samotnej celi ojca Celestyna, Co ranek świętą przerywając ciszę, Wiodła skrzydlatych śpiewaczków drużyna, W więzieniu z siatki życie niezbyt mnisze, Gdyż jej bezzeństwa obce były śluby. Tam, na pobożnej wysłużony głowie, Napchany watą stał kaptur wr alkowie, W nim się wylęgnął nasz kanarek luby. Otwórzcie xięgi królów i narodów: Jak mądre nieba, maleńkie istoty, Świat dziwiącemi darzyły przymioty, Tysiąc czci godnych znajdziecie dowodów. Muza ma starszych przykładów nie zbudzi; Lecz mały Pepin, władca Gallów ziemi, Choć się wydawał tak w rodzaju ludzi, Jak fraszka między dzieły ważniejszemi; Dowiódł, że na świat przyszedł nie dla fraszek; Przykładem jeszcze nasz Łokietek śmiały, Co choć maleńki wielkiej nabył chwały; Przykładem wreście nasz nieboszczyk ptaszek. Stugębna sława dnióm potomnym powie, Ty mów niniejszym Ojcze gwardijanie! Mów, twe świadectwo za sto innych stanie: Jak wielki rozum był w kanarka głowie, Jak, chcąc niewinnej po trudach zabawy, Wielebni nie raz brali się za boki: Pojętnym głoskiem i zwrótnemi kroki Niemiecki taniec gdy przedstawiał żwawry; To ciężki wodą, ceberek uparty Dziobkiem do klatki przyciągnie na nici; To groźny, jakby Achilles, pochwyci Dzidę ze słomki, lub szabelkę z karty; Dzielnie ćwiczenia powtórzy wojskowe; Słowem miał siłę i wdzięki i głowę. Rozum i szczęście rzadko żyją razem. Bohatyrkowi naszemu dni zorze Często mgłą nudy ćmiło się w klasztorze; Często pod ciężkim mdlejący rozkazem Kosztem sił swoich niósł komuś zabawę. Przysłużna wprawdzie dłoń czułych dewotek Niekiedy słodkich doszle mułakotek; Zresztą złe jadło, choć miał dobrą sławę. Nie prędko sławy tej doczekał plonu; Nie wiem, przed dźwiękiem pięknych proźb, czy złota, Dlań się klasztorne otworzyły wrota; AViera, ze nakoniec wystąpił z zakonu. Poszedł pod iniłe Zosi panowanie. Losie! ciemiężco zasługi i cnoty; By tym dotkliwsze wrazić później groty, Chytrze się czasem uśmiechasz tyranie! Młodzian, co Zosię obdarzył kanarkiem, ”Wdzięczną miał postać, oko tajemnicze, Mówił do serca; a serce dziewicze W piętnastym roku nie jest niedowiarkiem. Głoście mężczyźni, w samochwalczej dumie, Żeśmy w uczuciach i stalsi i szczersi; Ze jasnołona płeć kochać nie umie; Mniemałem z wami; lecz biję się w piersi. Nas żądze śmiałe w miłości unoszę; A was lękliwe chęci piękne Panie! Głównym jest celem chlubą i rozkoszą, Nam, serc podbicie; wam ich zatrzymanie. Nie raz, kto własnych win przepełnił miarę, Ten z drobnowidzem szuka ”waszych ”winek My to tkliwego serca upominek Bierzem jak zdobycz, a wy jak ofiarę. Przy kaźdein zdaniu jest mówią wyjątek: Żyła swem Zosia szczęśliwa kochaniem W raju niewinnych pieszczot i pamiątek. Nieraz, gdy luby swych uczuć wylaniem Darował słodkie duszy uniesienie, Wyrwał się z serca jej całunek miły, I lub w gorące zmienił się westchnienie, Lub go w ptaszynie usta utopiły; Choć nagła wstydu na licach jutrzenka, Uśmiech i lekki dziewicy frasunek, 1 tkliwa w oczach młodzieńczych podzięka Jawnie mówiły komu ten całunek. Gdy nie są razem kochankow ie czuli, Gdy brak roskoszy osładza jej wzmianka: 2osia ptaszynę swą do serca tuli; Tkliwie drogiego w niej pieści kochanka, Widzi w jej oczkach i słyszy w jej głosie, Wdzięk, co przed chwilą uszczęśliwiał Zosię. Po pysznej klatki warownej przed kotem, Strojnej kwiatami, jaśniejącej złotem, Pan jej codziennie powracał o zmierzchu; Codziennie rankiem wylatywał na nią, I, jakby Derwisz z Blinai eta wierzchu, Wdzięcznym odgłosem budził sw oją panią. Potem, po salach roznosząc piosenki, Latał swobodny od ręki do ręki. Nadszedł przeklęły dzień po wszystkie wieki. W roskoszny gaik wzywała hulanka; Zbiegł się ochoczo sąsiad niedaleki; Zosia tam ujrzeć śpiesząca kochanka, Śpiesząca milej królować zabawie, Chwyta szlafroczek; lecz cóż jest w rękawie! — Mysz! mysz! krzyknęła; omdlewam! ratunku Gdzie Jan? gdzie Marek? Eenigna! Dorota! — Już pełno w domu wrzasku i frasunku. —Mysz! mysz! wołają, kota! prędzej kota!— Ale zastąpił kota śmiały Marek. Porwał przez rękaw i przydławił wroga. Wytrząsa z dumą; spojrzeli dla Boga! Kie mysz to była, nie mysz, lecz Kanarek!... Umarła Zosia na całą minutę; A gdy strwożone otworzyła zmysły, Oczka ptaszyny były mgłą zasute, Oddech zbyt ciężki, skrzydełka powisły, I śmierci ręka ciężyła na główce. Zebrano radę: ten życzy balsamy, Ten plastry — Stójcie! był głos jednej damy, Alboż to niema Michałka w Maclinówce? Tu powstał jakiś rozumu obrońca, Wnet się zerwały rosterki i zwady. Mozeby dobry był skutek tej rady, Gdyby Kanarek dożył do jej końca. W klatce, gdzie do snu zamykał powieki, Zasnął raz jeszcze, ale juz na wieki. Zasnął; patrz napis wyryty na grobie: „Blada śmierć równie w Mocarzów pałace, „Jak i do klatki kanarka kołace. „Mnie dziś przechodniu, może jutro tobie.” All content in the above text box is licensed under the Creative Commons Attribution-ShareAlike license Version 4 and was originally sourced from https://pl.wikisource.org/w/index.php?diff=prev&oldid=349718.
![]() ![]() This site is not affiliated with or endorsed in any way by the Wikimedia Foundation or any of its affiliates. In fact, we fucking despise them.
|