Difference between revisions 349718 and 349860 on plwikisource

Massalski Józef - Poezye t. II




<poem>Gdy jej światło odkryło, a zdobyła praca To, co żywi, ochrania, cieszy, ubogaca; Gdy towarzyskie grona zwołał duch przyjaźni; Znowu uśmiech, to w plonach pięknej wyobraźni,
To na skrzydłach miłości przylatał, to cnoty; I z oblicza śmiertelnych spędzał mgłę tęskno ty. Luby ten szczęśliwości Edenu zabytek, Nie gdzie przymus naturze, lub urąga zbytek, Ale tam rad się zjawia, zkąd wygnana pycha, Gdzie pod tarczą pokoju swoboda oddycha. Kogo wr swojej obfitość pieściła kolebce, Namiętności skaziły, dopsuli pochlebcę, Ozionie go niesmakiem nieczułości zima, Kłamie on uśmiech twarzą, lecz go w sercu
niema.
To zewnętrzne odbicie, wnętrznego wesela,
</poem>
<poem>Skromnej cnocie najmilszych powabów udziela.
I w tedy uśmiech z niebios pożycza uroku,
Gdy mu córka tkliwości, łza, przyświeci w oku.
O jakże on, gdy słodko dusza się poruszy,
AYyraźnym, chociaż cichym jest tłumaczem
duszy!
Uważaj to niemowlę na piastunki łonie:
Cóś jak w zamęcie przed niem ćini się, barwi,
płonie,
Na niewinuem aniołka obliczu i z oczek
Widać myśl niedojrzałą i smutku obłoczek;
Nagle uśmiech uwdzięczył usta niemowlęce.
Z kądze ten uśmiech? Matka podała mu ręce.
Chęć pomocy i pociąg przyrodzenia miły,
Czyż wyinó wniej nad słowa tu nie przemówiły?
Czysta roskosz i złote nadziei zadatki,
</poem>
<poem>
Czyż nie żyją w uśmiechu zachwyconej matki?
Patrz! westchnienia wdzięczności nic utrzyma
w łonie
Starzec, mdłe ku niehiosóm podnoszący dłonie;
Z domku, co choć ubogi, sto mu lat był miły,
[>o nie wiele szczuplejszej ma już przejść mogiły-
Nie czuł wstrętu do świata, pożyteczny
w świecie;
Lubił życie, zgon widzi, nie narzeka przecie.
Łza drży w gasnących oczach; lecz łza pożegnania.
Z uśmiechem do wiecznego snu on głowę skłania.
W uśmiechu tym, co ziemskie myśli dać nie
mogą,
Czytam życie bez plamy i następność błogą.
</poem>
<poem>Patrz! temu świat pustynią, młody wiek ciężarem;
Pragnie serce napoić miłości nektarem;
1 zjawia mu się piękność; w uroku promieniach
Ujrzał jej boski uśmiech, zginął w uniesieniach.
Dzieli ich morze przeszkód, co oddycha burzą;
Lecz kiedyż łódź miłości przeszkody zanurzą?
Wstąpił do niej; nadzieja rozwinęła żagle,
Wpędziła w środek burzy i zniknęła nagle.
Bez nadziei, bez gwiazdy opiekuńczej, w mroku,
Błąka się bity falą śród nieszczęść natłoku.
Cóż go zbawi, uleczy, smutne zetrze wzmianki?
Co go porwie do nieba? — Znów uśmiech kochanki.
Uśmiechu! kwiecie duszy! promyku lej doli,
Która cnocie po ziemskiej zaświeci niewoli!
</poem>
<poem>Komu zawsze pogodna twarz tobą się wdzięczy,
Zycie mu gra w kolorach jutr:?l£iki i tęczy. I mnie, kiedy nieszczęścia dłoń dosięgła sroga, Tyś na ustach Eliny był posłańcem Boga. Dzięki ci! zlatuj do nas. Pan, co rządzi w niebie,
Darował światu słońce, człowiekowi ciebie.</poem><br /><br />
{{skan zawiera grafikę}}<br /><br />

<center><big><big></big></big></center>
<br />
DO NICETA J.
Witam cię Jungu młody w twej dzikiej u-
stroni!
Czyz nie czujesz ściśnienia przyjacielskiej dłoni?
Jakaż się do twej duszy żałoba zakradła,
Ześ ulubił samotność i czarne widziadła?
Dzień twój zanosisz w lasy, noc trawisz przy
grobie;
Czekaj! twoje nie minie, otworzą go lobie.
Witam cię, a uśmiechem twoich ust nie
wdzięczę!
Ty wzdychasz? ty nie mówisz? ty kochasz
młodzieńcze!
Kochasz; a choć miłości dana bóstwa postać,
Czujesz, jak źle wyznawcą lego bóstwa zostać.

Twarz mu się szczęściem śmieje, a jad skryło
w duszy;
Nie raz małem skrzydełkiem straszną burzę
wzruszy.
Buduj mu, buduj ołtarz i błagaj w pokorze,
r
Zęby sobie leciało za dziesiąte morze.
Miljon rąk da mu krzyżyk i ślady zamiecie.
Czemuż, ledwo się młodzian obejrzy na świecie,
Ledwo przed nim dziecinnych dni zamknie
się niebo,
Już miłość główną duszy stała się potrzebą?
Precz wesołość i pokoj. precz wieńców tych
żądzą,
Które sława rozdaje, potomność przysądza;
Precz prace, jakim przysiągł poświęcić się
wiecznie,
Kochanki mu potrzeba, kochanki koniecznie.
Czy trafił na zbyt szczodrą, co za słodkie słówko
Rada sto pocałunków zapłacie gotów ką:
Wnet się odda uczuciom, co zniżają człeka;
Przesycony miłością, nie wczas się jej zrzeka;
Bo kto w morze roskoszy brnął zamknąwszy
oczy,
Tego niesmak i wiecznej nudy mgła otoczy.
Czy dumną spotkał piękność,która zna do siebie,
Że jest bóstwem niechybnie, choć niemieszka
w niebie:
Ta na uśmiech, na jedną niby to łzę w oku,
Każe u nóg swych ciężko wzdychać przez pół-
roku;
I póki mu nie błyśnie w ręku broń rospaczy,
Póty słowa zbawienia kocham, rzec nie raczy.
g> io5 ^
Lecz gorzej, gdy z nektarem na ustach, obłuda
Cnotę i nieskażone przywiązanie uda;
A zapaleniec młody, co niebacznie wleci
W zdradnie kwiatem roskoszy przysypane
sieci,
LTjrzy dłoń ukochaną, już ją posieść bliski,
Swiętokradzkie innemu niosącą uściski.
Dziwisz mi się młodzieńcze i nie bez przyczyny;
Eo wiesz, że,gdy to mówię,wzdycham do Eliny.
Tak jest! Ależ nie każdy kwiat rodził się różą;
I wierz mi, tu na ziemi Elin jest niedużo.
Serce, przez nią miłosnym natchnione zapałem,
Nie jest Wulkan, co bucha boleścią i szałom;
Serce, które śmiertelnik darował Elinie,
imienia się całe w miłość i w szczęścia świątynię;
Palą się w niem ofiary piękności i cnocie;
Cmi go czasem tęsknota; lecz obce zgryzocie.
By mrok zniknął, dość niebios jednego promienia;
Dość uśmiechu Eliny, by znikły cierpienia.
Jeśli ci los podobną znałeść dał dziewicę,
Bluźnierstwem jest ten smutek co mroczy twe
lice;
Poznać ją juz jest szczęściem, wielbić jest po-
potrzebą;
Kto czci bowiem anioła, czci w nim same niebo.<br /><br />
<center><big><big></big></big></center>
<br />
STRUMIEŃ.
W czystem zwierciedle strumienia, Jutrzenki uśmiech wstydliwy, ”Wesołe słońca spojrzenia, Nadbrzeżny gaik i niwy, I strojnych dziewic obrazy Wdzięcznie igrały sto razy.
W swobodnej duszy przed laty, Gdy mój roskwitał poranek: Obraz natury bogaty, Czarowne wdzięki niebianek, Nadzieje szczęścia i chwały Sto razy także igrały.
Czasem skrzydełko wietrzyka Zraniło, w płochej swawoli,
Spokojne łono strumyka; Czasem cień jakiejś niedoli, Co prędzej znikał niz tchnienie, Przyniósł mej duszy cierpienie.
Uciekła pora pogodna, Przybiegły wichry jesieni, Strumień się zmącił aż do dna, Niebo ma cofa promieni; Stracił wesołość, ponęty, I omdlał zimą ściśnięty.
Czas porwał złołą mą dolę ”W burzliwej nieszczęścia nocy. Skazanej duszy na bole Niebo ujęło pomocy. Zimną na wdzięków zjawiska, Grobowy smutek uciska.
Wr 109
Wiosenny promień cię wzrusza, Wraca ci życie strumieniu! Znajduje szczęście ma dusza W czułem Eliny spojrzeniu. Strumień brzmi wdzięcznie i płynie; Ja śpiewam wdzięczność Elinie.
Znowu strumieniu! sto razy,
3Xiin zima zamknięć w kajdany,
Hóżne odbijesz obrazy;
Lecz już w mej duszy, bez zmiany,
Jaśnieje obraz jedyny,
Eliny, tylko Eliny.<br /><br />
<center><big><big></big></big></center>
<br />
POTĘGA MIŁOŚCI.
— Młodzieńcze! jam ubogi, ty rozrzucasz
złoto,
Żebrzę wsparcia, ty słyniesz litością i cnotą; Dwoje obcych niemowląt kryje moja chatka; Z żalu, z głodu, z boleści, skonała im matka; Pną się do martwych piersi i pokarmu płaczą.
Panie! broń je przed śmiercią i mnie przed
rospaczą.
Słaby starzec nie zdołam, dłońmi w pół mar-
twemi,
Ni dziatek wrócić życiu, ani trupa ziemi 
— Jużem dość niewdzięczników nakupił mem
złotem. —
Rzekł młodzieniec i okno swe zamknął z łoskotem.
Chciał podobnie, nie jednym zakrwawione
ciosem,
I serce swoje zamknąć przed ludzkości głosem;
Lecz wytrysnęła jemu łza minio zakazu,
Jak na głos cudotworcy zdrój w ytryska z głazu.
Otarł ją gniewną dłonią młodzian niespokojny?
W tem z orężem w podwojach zjawił się syn
w ojny.
—Ziomku! rzekł, wzywa ciebie sława, bóstwo
nasze.
Słyszysz? grają jej trąby, błyskają pałasze;
Twój tak straszny był wrogom; niech go rdza
nie plami.
Z nami dzielny młodzieńcze! w imię kraju,
z nami!—
— Bądźcie zdrowi rycerzu! nie złudzi mię
sława;
Kraj nie cenił mych zwycięstw, nie ma do
nich prawa. — Rycerz spojrzał z pogardą, poskoczył na konia,
Szczęknął oręż, koń zarżał i pędził przez błonia.
W młodzieńca krew zawrzała, już pochwycił
zbroję:
I rzucił ja, o próżność winiąc serce swoje.
— Przyjacielu! dziecinnych lat współbracie
drogi!
Chęć ujrzenia cię moje uskrzydliła nogi; Wędrownik, srogich losów poruczon opiece,
Z drugiego końca świala w twe objęcia lecę i
W nich zapomnę niedoli, w nich pokrzepię
duszę,
W nich odżyć i nakoniec szczęśliwym hyc
muszę. —
— Zbłądziłeś wędrowniku! szczęście ztąd
ucieka;
Lata ono w krainach urojeń człowieka;
Tam idź; dla mnie juź fałszu omamienia gasną.
Próżno mianem przyjaźni krasić miłość własną.—
Wędrownik westchnął, poszedł ze łzami
w źrzenicach.
Uśmiechnęło się piekło na młodzieńca licach;
Lecz widok przyjaciela, młodych lat wspomnienie,
Zasklepionemu sercu wydarły westchnienie.
tom II.- 8
— Żegnam was płonne mary młode'j wyobraźni!
Żegnam, rzekł, cnolo! sławo! i ciebie przyjaźni!
Mówiłyście o szczęściu, jam wierzył i gonił;
Ale czas mi pochodnią rozumu rozpłonił;
Rozproszyło jej światło tę chmurę ułudy,
W której kryły się życia zasady i trudy.
Tak wierzchy skał,gdy ranna mgła przed słońcem znika,
Wyraźniej się rysują oku wędrownika.
Nie dla dobra ogółu, nie dla szczęścia w niebie;
Człek stworzony dla siebie, winien żyć dla
siebie;
Bo za grobem jest otchłań, gdzie w nicości
mrokach,
Nigdy już promień życia nie zaigra w zwłokach.
^ ^
-—Młodzieńcze!— wdzięcznym głosem ”wyrzekła dziewica;
•Rumieniec jej niewinne rozanielił lica,
I drżący w uściecli wyraz przerwało westchnienie.
Lecz co usta nie śmiały, to rzekło spojrzenie.
Kiedy promień na zimną spadł kryształu bry-
Nie tak żywo kolory w nim zagrają miłe;
Jak żywo wzrok miłośny, w sercu zatwardziałem,
Zagrał szczęścia nadzieją, roskoszą, zapałem.
Chce młodzian przed nieznanym uciekać u-
rokiem;
Lecz się nie chce dłoń z dłonią, oko rozstać
z okiem.
Bo
się słodko spoiły dusze w lem spojrzeniu;
Całe zbiegło się życie w tem ręki ściśnieniu.
8*
& 11G <1 Czyjąż sierotłzy w uśmiech zmieniają się ręką? Czyjez imie z ust starca zabrzmiało z podzięką, I na skrzydłach się modłów uuosi do Boga? Czyjeż ramie od kraju miecz zwróciło wroga, I w najczulsze uściski przyjaciela przyjmie? Ach! to ramie młodzieńca, to młodzieńca
imie!
Bo razem go miłości cudotwórcza siła Cnocie, sławie, przyjaźni i niebu wróciła.<br /><br />
<center><big><big></big></big></center>
<br />
DO SZTAMBUCHA S. C.
Jako skry w dymu obłokach, Tak, śmiertelni, garstka nasza Błąka się, łączy, rosprasza, Błyska i ginie w pomrokacli.
Dziś tu, a jutro w tern gronie Nie ujrzym ciebie dziewico! Rodzinne Podola błonie Tkliwą powitasz źrzcnicą. Lecz, choćbyś była za śv\ iatem, Myśl tu o tobie nie zginie; Choć kwiat odbiorą dolinie Tchnie ona jeszcze tym kwiatem.<br /><br />
<center><big><big></big></big></center>
<br />
KANAREK ZOSI.
Ktokolw iek jesteś, gdy masz duszę tkliwą, Gdy masz to szczęście być w ogródku Zosi, Westchnij: tu w kwiatów cieniu grób się
wznosi.
O jakże często, gdy juz dni przędziwo Los pocznie złocić, przecina je parka! Wr<center><big><big>DO SZTAMBUCHA S. C.</big></big></center>
<br />

Jako skry w dymu obłokach, Tak, śmiertelni, garstka nasza Błąka się, łączy, rosprasza, Błyska i ginie w pomrokach.
Dziś tu, a jutro w tern gronie Nie ujrzym ciebie dziewico! Rodzinne Podola błonie Tkliwą powitasz źrzenicą. Lecz, choćbyś była za światem, Myśl tu o tobie nie zginie; Choć kwiat odbiorą dolinie Tchnie ona jeszcze tym kwiatem.<br /><br />
<center><big><big>KANAREK ZOSI.</big></big></center>
<br />

Ktokolwiek jesteś, gdy masz duszę tkliwą, Gdy masz to szczęście być w ogródku Zosi, Westchnij: tu w kwiatów cieniu grób się
wznosi.
O jakże często, gdy już dni przędziwo Los pocznie złocić, przecina je parka! Westchnij ten czarny grób, sześć calów duży, Skropiony wdzięcznie łzą poranną róży, Lubego Zosi pochłonął kanarka. Raz tu, wieczorna gdy już błyska rosa, Gdy błądzą duchy po państwie xiężyca, Czy to liść lecąc dotknął Zosi lica, Czy wietrzyk wionął pierścieniem jej włosa, Czy płocha Syllow była to igraszka: Ze widzieć mniema cień miłego ptaszka; Jakby szczęśliwe chcąc przypomnieć życie,
m ji9
(contracted; show full)ze W piętnastym roku nie jest niedowiarkiem. Głoście mężczyźni, w samochwalczej dumie, Żeśmy w uczuciach i stalsi i szczersi; Ze jasnołona płeć kochać nie umie; Mniemałem z wami; lecz biję się w piersi. Nas żądze śmiałe w miłości unoszę; A was lękliwe chęci piękne Panie! Głównym jest celem chlubą i rozkoszą, Nam, serc podbicie; wam ich zatrzymanie. Nie raz, kto własnych win przepełnił miarę,
Ten z drobnowidzem szuka ”waszych ”winek My to tkliwego serca upominek Bierzem jak zdobycz, a wy jak ofiarę. Przy ka
źdeinżdem zdaniu jest mówią wyjątek: Żyła swem Zosia szczęśliwa kochaniem W raju niewinnych pieszczot i pamiątek. Nieraz, gdy luby swych uczuć wylaniem Darował słodkie duszy uniesienie, Wyrwał się z serca jej całunek miły, I lub w gorące zmienił się westchnienie, Lub go w ptaszynie usta utopiły; Choć nagła wstydu na licach jutrzenka, Uśmiech i lekki dziewicy frasunek, 1 tkliwa w oczach młodzieńczych podzięka Jawnie mówiły komu ten całunek.
Gdy nie są razem kochankow  ie czuli, Gdy brak roskoszy osładza jej wzmianka: 2osia ptaszynę swą do serca tuli;
Tkliwie drogiego w niej pieści kochanka, Widzi w jej oczkach i słyszy w jej głosie, Wdzięk, co przed chwilą uszczęśliwiał Zosię.
Po pysznej klatki warownej przed kotem, Strojnej kwiatami, jaśniejącej złotem, Pan jej codziennie powracał o zmierzchu; Codziennie rankiem wylatywał na nią, I, jakby Derwisz z Blinai eta wierzchu, Wdzięcznym odgłosem budził sw  oją panią. Potem, po salach roznosząc piosenki, Latał swobodny od ręki do ręki.
Nadszedł przeklęły dzień po wszystkie wieki.
W roskoszny gaik wzywała hulanka; Zbiegł się ochoczo sąsiad niedaleki; Zosia tam ujrzeć śpiesząca kochanka, Śpiesząca milej królować zabawie,
Chwyta szlafroczek; lecz cóż jest w rękawie! — Mysz! mysz! krzyknęła; omdlewam! ratunku Gdzie Jan? gdzie Marek? Eenigna! Dorota! — Już pełno w domu wrzasku i frasunku. —Mysz! mysz! wołają, kota! prędzej kota!— Ale zastąpił kota śmiały Marek. Porwał przez rękaw i przydławił wroga.
Wytrząsa z dumą; spojrzeli dla Boga!
Kie mysz to była, nie mysz, lecz Kanarek!...
Umarła Zosia na całą minutę; A gdy strwożone otworzyła zmysły, Oczka ptaszyny były mgłą zasute, Oddech zbyt ciężki, skrzydełka powisły, I śmierci ręka ciężyła na główce. Zebrano radę: ten życzy balsamy, Ten plastry — Stójcie! był głos jednej damy, Alboż to niema Michałka w Maclinówce? Tu powstał jakiś rozumu obrońca,
Wnet się zerwały rosterki i zwady. Mozżeby dobry był skutek tej rady, Gdyby Kanarek dożył do jej końca. W klatce, gdzie do snu zamykał powieki, Zasnął raz jeszcze, ale juzż na wieki. Zasnął; patrz napis wyryty na grobie: „Blada śmierć równie w Mocarzów pałace, „Jak i do klatki kanarka kołace. „Mnie dziś przechodniu, może jutro tobie.”