Difference between revisions 349459 and 349718 on plwikisource

Massalski Józef - Poezye t. II



<center><big><big></big></big></center>
<br />
DO XICDZA PROBOSZCZA P 
Odsyłam, z podziękowaniem, przeczytaną z uwagą xiążeczkę o sławnym kanoniku Ho- henlohe, cudownie uzdrawiającym chorych modlitwami; a że zapytywałeś mego o nim zdania, odpowiadam tedy, że podług mnie, lepiej jest wierzyć temu, czego nie rozumiemy, aniżeli przeczyć dla tego, że nie rozumiemy.
Czyż dla tak wielkiego Pana, Co mógł z niczego świat stworzyć, Trudno na modły kapłana Ślepemu oczy otworzyć? Sprostować paralityka? Niemym dać władzę języka? Wszak zdolną była moc Boża Z trumny wstać kazać martwemu;
Czemużby dzisiaj choremu. Kazać nie mogła wsiać z łoża? Nie popieram ja z zapałem, Żeby autor tej xiążeczki Nie przyłożył choć troszeczki; Sam tych cudów nie widziałem, A autor, gdy sprzyja pióro, Napisze czasem i z górą.
Lecz mam szczere przekonanie^ Ze ust cnotliwych wołanie Ubłagać Boga jest wstanie; I, że iskierka rozumu, Jaką niebo ludziom dało, Jest iskierką bardzo małą, Gaśnie śród tajemnic tłumu, Jak płomyk, co w nocną chwilę Błądzi czasem na mogile.
r
I dla tegoż nie zatapiam się z tą iskierką w badanie rzeczy niepojętych; bo czyż nie- bywa, ze rozum uganiając się za jakąś tajemnicą, i niedocieczoną sam nakoniec uciecze?
Niech mędrce łowią z kłopotem, Co znika przed ich obliczem,; Ja tylko dobrze wiem o ićm, Że dobrze nie wiem o niczemj A nie mogąc lepiej dociec, Wierzę jak matka i ociee.<br /><br />
<center><big><big></big></big></center>
<br />
DO ALEXANDRA Ł 
Dowiedziałeś się przyjacielu, ze polowałem wczoraj na zające, i zapytujesz mnie, czy się podobało to polowanie; odpowiadam, ze musiało się podobać; lecz nie mnie, a zającom, bo za- dnegom nie zabił.
Jeszcze onegdaj, z wieczora, Z miną Nemroda, pan Łowczy, Wydał nam wyrok stanowczy; Ze ponieważ piękna pora;
A zatem pożyteczniej użyć jej nie można, jak pójść nazajutrz na polowanie. Zapytałem po cichu dojeżdżacza czy będzie śniadanie w torbie; odebrawszy pomyślną odpowiedź, potwierdziłem wyrok pana Łowczego.
Lecz trzeba, rzekł, nieodbicie Być nam już w kniei o świcie.
Zraniło niemiłosiernie moje uszy ostatnie jego słowo. Niepozwalam, krzyknąłem, o świcie; cbyba o południu. Oburzył się pan Łowczy na ten myśliwski barbaryzm; inni żartować zaczęli; ja przypomniałem odpowiedź dojeżdżacza, rzekłem zgoda, i poszliśmy spać.
Ledwo ranne błysło zorze, Już rad nie rad byłem w borze. Zagrały trąbki, okrzyki, Harap klaska, pieski gonią, Strzelce biegą na przesmyki, Ja pod krzakiem drzemię z bronią. Aż huczne obok wystrzały Nagle słodki sen przerwały.
Trochęm się zrazu zatrwożył; Lecz przypomniałem, żem w kniei, Żem tu nie przyszedł w nadziei, Bym pod krzak spać się położył. INlyśl ma więc była o strzałach^ Jak ma paść pod moim grotem Wykrętny zając; a potem: Blyśl o niebieskich migdałach! W ićm posuwistemi skoki Sadzi szarak kosooki. Nim chwyciłem broń do rękif Nim przyłożyłem do szczęki, Nim się kurek odprowadził, Zając już wiorstę odsądził.
Słyszałem kiedyś, że w takim razie psy na trop nawołać należy; zacząłem zatem z całych sił krzyczećj ale, że krzyk ten nie był podług
myśliwskich przepisów, zbiegli się do mnie wszyscy towarzysze,! pytali się przestraszeni, jaki mi się zdarzył nieszczęśliwy przypadek. Skończyło się na tern, że na mnie jeszcze więcej, niżeli ja na psy, naliałasowali.
Nie tak się zląkłem hałasu, Jak tych słów naszej drużyny: Niema już w kniei zwierzyny, Idźmy do inszego lasu.
Miałem chęć poprawić mój grzech, i poszedłem z nimi; pomimo jednak tej chęci, troskliwie pytałem o to, jak prędko wrócimy do domu?
Ale zniknęły te troski, Gdym poslrzegł, że z bliskiej wioski Dziewczęta cudnej urody Biorą w tym lesie jagody.

Daruj Elino! masz słowo, Ze już tak płochym nie będę. Wdałem się z niemi w gawędę.
W tein Łowczy, kiwnąwszy głową, Rzekł: hracia! nie traćmy czasu; Któżby chciał ścigać zwierzęta, Gdy w kniei takie dziewczęta? Idźmy do inszego lasu.
Upadam do nóg rzekłem, i dopomniałem się o część mnie należną śniadania: — Nie zasłużyłeś— odezwali się wszyscy.— kucharz mi tego w domu nie powie— pomyśliłem i pożegnałem śmiejących się towarzyszów,
Którzy mi na pożegnanie Ten dali wyrok niestety! Ze nigdy na polowanie Brać nie należy poety.<br /><br />
WIERSZE RÓŻNE.
<br /><br />
<center><big><big></big></big></center>
<br />
UŚMIECH.
Najpierwszy w świecie uśmiech zabłysnął
w Edenie,
Gdy z Chaosu myślące Bóg wywiódł stworze-*
nie;
I najmilszy w dziew iczym zaigrał rumieńcu,
Gdy z nicości, przy pięknym ockniona mło-
dzieńcu,
Nie śmiało wznosząc wdzięczne i zdumione ^ czoło,
Życie, miłości szczęście poczuła w około.
9* >m
Pierwiej nii dar, co myśli dźwiękiem słów o-
Uśmiech od innych tworów już odznaczył
W straszny dzień, gdy żegnając Eden zasmu-
K.lątwrę i żal występni w dzikie nieśli strony, Idąca wprzód, i miłe kreśląca rachuby. Nadzieja im wykradła z raju uśmiech luby. Ale, choć ta sprzyjała, ten leciał bez chęci; Gdzie ulga w niepewności, a szczęście w pamięci,
Tam wesołość promieniem swym ust nie ob-
Nie lubi uśmiech igrać na wrygnańca twarzy. Ginął człowiek w ciemnocie śród udręczeń
tłumu;
Lecz niedola rozjaśnia pochodnią rozumu.
bleka,
człeka.
eony,
»
W* 95

<poem>Gdy jej światło odkryło, a zdobyła praca To, co żywi, ochrania, cieszy, ubogaca; Gdy towarzyskie grona zwołał duch przyjaźni; Znowu uśmiech, to w plonach pięknej wyobraźni,
To na skrzydłach miłości przylatał, to cnoty; I z oblicza śmiertelnych spędzał mgłę tęskno ty. Luby ten szczęśliwości Edenu zabytek, Nie gdzie przymus naturze, lub urąga zbytek, Ale tam rad się zjawia, zkąd wygnana pycha, Gdzie pod tarczą pokoju swoboda oddycha. Kogo wr swojej obfitość pieściła kolebce, Namiętności skaziły, dopsuli pochlebcę, Ozionie go niesmakiem nieczułości zima, Kłamie on uśmiech twarzą, lecz go w sercu
niema.
To zewnętrzne odbicie, wnętrznego wesela,
</poem>
<poem>Skromnej cnocie najmilszych powabów udziela.
I w tedy uśmiech z niebios pożycza uroku,
Gdy mu córka tkliwości, łza, przyświeci w oku.
O jakże on, gdy słodko dusza się poruszy,
AYyraźnym, chociaż cichym jest tłumaczem
duszy!
Uważaj to niemowlę na piastunki łonie:
Cóś jak w zamęcie przed niem ćini się, barwi,
płonie,
Na niewinuem aniołka obliczu i z oczek
Widać myśl niedojrzałą i smutku obłoczek;
Nagle uśmiech uwdzięczył usta niemowlęce.
Z kądze ten uśmiech? Matka podała mu ręce.
Chęć pomocy i pociąg przyrodzenia miły,
Czyż wyinó wniej nad słowa tu nie przemówiły?
Czysta roskosz i złote nadziei zadatki,
W> 97 «S</poem>
<poem>
Czyż nie żyją w uśmiechu zachwyconej matki?
Patrz! westchnienia wdzięczności nic utrzyma
w łonie
Starzec, mdłe ku niehiosóm podnoszący dłonie;
Z domku, co choć ubogi, sto mu lat był miły,
[>o nie wiele szczuplejszej ma już przejść mogiły-
Nie czuł wstrętu do świata, pożyteczny
w świecie;
Lubił życie, zgon widzi, nie narzeka przecie.
Łza drży w gasnących oczach; lecz łza pożegnania.
Z uśmiechem do wiecznego snu on głowę skłania.
W uśmiechu tym, co ziemskie myśli dać nie
mogą,
Czytam życie bez plamy i następność błogą.
g> 93
</poem>
<poem>Patrz! temu świat pustynią, młody wiek ciężarem;
Pragnie serce napoić miłości nektarem;
1 zjawia mu się piękność; w uroku promieniach
Ujrzał jej boski uśmiech, zginął w uniesieniach.
Dzieli ich morze przeszkód, co oddycha burzą;
Lecz kiedyż łódź miłości przeszkody zanurzą?
Wstąpił do niej; nadzieja rozwinęła żagle,
Wpędziła w środek burzy i zniknęła nagle.
Bez nadziei, bez gwiazdy opiekuńczej, w mroku,
Błąka się bity falą śród nieszczęść natłoku.
Cóż go zbawi, uleczy, smutne zetrze wzmianki?
Co go porwie do nieba? — Znów uśmiech kochanki.
Uśmiechu! kwiecie duszy! promyku lej doli,
Która cnocie po ziemskiej zaświeci niewoli!
</poem>
<poem>Komu zawsze pogodna twarz tobą się wdzięczy,
Zycie mu gra w kolorach jutr:?l£iki i tęczy. I mnie, kiedy nieszczęścia dłoń dosięgła sroga, Tyś na ustach Eliny był posłańcem Boga. Dzięki ci! zlatuj do nas. Pan, co rządzi w niebie,
Darował światu słońce, człowiekowi ciebie.</poem><br /><br />
{{skan zawiera grafikę}}<br /><br />

<center><big><big></big></big></center>
<br />
DO NICETA J.
Witam cię Jungu młody w twej dzikiej u-
stroni!
Czyz nie czujesz ściśnienia przyjacielskiej dłoni?
(contracted; show full)
Wnet się zerwały rosterki i zwady. Mozeby dobry był skutek tej rady, Gdyby Kanarek dożył do jej końca. W klatce, gdzie do snu zamykał powieki, Zasnął raz jeszcze, ale juz na wieki. Zasnął; patrz napis wyryty na grobie: „Blada śmierć równie w Mocarzów pałace, „Jak i do klatki kanarka kołace. „Mnie dziś przechodniu, może jutro tobie.”